Clara długo stała nieruchomo. Słowa brata odbijały się echem w jej głowie, jakby wypowiedział je ktoś obcy.

Pierwszy — do rodziców. Krótki, prosty:

„Kocham was, ale nie mogę już być waszym oparciem. Zrozumiałam, że miłość, która wymaga poświęceń bez wdzięczności, nie jest miłością, tylko łańcuchem. Uwalniam się.”

Drugi — do brata:

„Marc, życzę ci powodzenia. Ale musisz nauczyć się wstawać sam. Nie jestem już twoim bankiem ani tarczą. Może stracę rodzinę, ale odzyskam siebie.”

Nad ranem mieszkanie było puste. Jedna walizka, plecak i paszport.

Klucze zostawiła na stole, obok parującej filiżanki kawy — ostatniej w tym miejscu.

Na ulicy pachniało jaśminem. Słońce wschodziło nad miastem, a ona szła lekko, jakby unosiła się nad ziemią. Nie miała planu, tylko jedno pragnienie — wolność.

Na dworcu kupiła bilet do południowej Francji. W jedną stronę.

Usiadła przy oknie i patrzyła, jak Lizbona znika za horyzontem.