Była teściowa chciała

Rok później pobrali się. Ślub był niewielki, ale bardzo ciepły — tylko najbliżsi przyjaciele i rodzice Dymitra, którzy przyjęli Marinę jak rodzoną córkę. Wynajęli, a potem kupili na kredyt piękne dwupokojowe mieszkanie w nowym budynku z wysokimi sufitami i dużymi oknami.

Marina zaszła w ciążę. Kiedy powiedziała o tym Dymitrowi, rozpłakał się ze szczęścia. Urodziła się córeczka Sonia — z oczami taty i uśmiechem mamy. A dwa lata później — syn Marek, hałaśliwy i ciekawski.

Marina nie porzuciła pracy. Dymitr w pełni poparł jej decyzję, by wrócić z urlopu macierzyńskiego wcześniej. Zatrudnili nianię i dzielili obowiązki domowe po równo. Wieczorami czytali dzieciom bajki, w weekendy spacerowali po parku, piekli pizzę i grali w planszówki. To było życie, o jakim Marina nie śmiała nawet marzyć pięć lat wcześniej.

I właśnie dziś, stojąc przy oknie swojego gabinetu, otrzymała wiadomość od ochrony: „Na recepcji pyta o panią Walentyna Pietrowna Sokołowa. Powiedziała, że się znacie”.

Serce Mariny na chwilę zamarło. Nie widziała byłej teściowej od pięciu lat. Czego mogła chcieć?

— Proszę ją wpuścić — odpisała.

Walentyna Pietrowna weszła do gabinetu po dziesięciu minutach. Zestarzała się, schudła, jej sylwetka była przygarbiona. Ale oczy pozostały takie same — zimne, oceniające…

Jej wzrok przesunął się po przestronnym gabinecie, po Marinie w surowym, lecz eleganckim kostiumie, po zdjęciu na biurku — szczęśliwa rodzina na tle morza.

— A więc jednak ci się powiodło — powiedziała Walentyna Pietrowna zamiast przywitania.

— Dzień dobry, pani Walentyno — spokojnie odpowiedziała Marina. — Proszę usiąść. Herbata, kawa?

— Nie trzeba. — Teściowa usiadła na brzegu fotela, wciąż rozglądając się po gabinecie. — Długo cię szukałam. Ale znalazłam przez wspólnych znajomych.

— Po co mnie pani szukała?

Walentyna Pietrowna przez chwilę milczała, a Marina nagle zrozumiała. Zobaczyła to w jej oczach — nadzieję, by ujrzeć ją nieszczęśliwą, zniszczoną, żałosną. Potwierdzenie własnej racji. Dowód, że miała słuszność, kiedy przepowiadała Marinie marny los.

— Po prostu chciałam się dowiedzieć, jak ci się wiedzie — powiedziała w końcu Walentyna Pietrowna, ale jej głos zadrżał.

— Dobrze mi się wiedzie — odpowiedziała Marina. — Pracuję jako zastępca dyrektora w tej samej firmie, z której kiedyś odeszłam. Jestem żoną wspaniałego człowieka. Mamy dwoje dzieci — córkę w wieku pięciu lat i syna, który ma trzy.

Walentyna Pietrowna zbladła.