— Co masz na myśli? — zapytał powoli Andriej.
— Duszę się. Nie czuję się człowiekiem. Chcę wrócić do normalnej pracy, chcę żyć, a nie tylko wszystkich obsługiwać.
— Co masz na myśli? — zapytał powoli Andriej.
— Duszę się. Nie czuję się człowiekiem. Chcę wrócić do normalnej pracy, chcę żyć, a nie tylko wszystkich obsługiwać.
Andriej zadzwonił do matki. Walentyna Pietrowna przyjechała w ciągu godziny.
Rozmawiali długo. Mówili na zmianę i jednocześnie, przerywając sobie nawzajem. Marina siedziała na kanapie, a oni stali nad nią — i miała wrażenie, że kurczy się z każdą minutą.
— Spójrz na siebie — mówiła Walentyna Pietrowna z lodowatą złością. — Myślisz, że masz dokąd pójść? Masz trzydzieści pięć lat, jesteś gruba, nie masz żadnego doświadczenia potrzebnego do dobrej pracy, nie masz pieniędzy. Kto cię przyjmie?
— Mama ma rację — wtórował Andriej. — Myślisz, że ktoś tam na ciebie czeka? Rozejrzyj się — wszyscy tak żyją. To normalne. Po prostu jesteś rozpieszczona, i tyle.
— Nikomu nie jesteś potrzebna — ciągnęła teściowa. — Andriej żyje z tobą z litości. Gdzie widziałaś, żeby takie jak ty były szczęśliwe? Będziesz sama, w wynajętym pokoju, w durnej pracy, będziesz się starzeć w samotności. To właśnie cię czeka.