Autobus wił się po mokrej, błyszczącej od deszczu szosie, a światła mijanych miast drżały w odbiciu szyb.

Następne dni płynęły powoli, w rytmie kroków pielęgniarek, zapachu leków i cichego stukotu metalowych tac. Sofia załatwiała wszystko: rozmawiała z lekarzami, pomagała matce wstać, podawała wodę. Ale w chwilach krótkiego odpoczynku, gdy spoglądała przez okno szpitala, jej myśli nieuchronnie wracały do Martina. Pisała do niego, ale jego odpowiedzi stawały się coraz krótsze, chłodniejsze, niemal obojętne.

Pewnego wieczoru, zmęczona po długim dniu, Sofia wzięła telefon do ręki. Nowa wiadomość od niego:

„Wszystko w porządku. Posprzątałem na balkonie. Może nawet za bardzo.”

Zwykłe zdanie, a jednak coś w nim wzbudziło w niej niepokój. Następnego dnia, gdy matka spała po środkach uspokajających, Sofia postanowiła zadzwonić do domu. Długo nikt nie odbierał. W końcu rozległ się kliknięcie i w słuchawce zabrzmiał kobiecy, obcy głos.