Autobus wił się po mokrej, błyszczącej od deszczu szosie, a światła mijanych miast drżały w odbiciu szyb.

Autobus wił się po mokrej, błyszczącej od deszczu szosie, a światła mijanych miast drżały w odbiciu szyb. Sofia oparła głowę o zimne szkło, pogrążona w myślach. Choć starała się zachować spokój, gdzieś głęboko w niej narastał niepokój. Nie chodziło tylko o zdrowie matki — czuła, że coś jest nie tak, że nad jej życiem zawisł cień, którego nie potrafiła nazwać.

Kiedy dotarła do rodzinnego miasta, powitało ją zimne, ostre powietrze. W sali szpitalnej Anna-Maria czekała na nią z ciepłym, choć zmęczonym uśmiechem. Jej drobne dłonie drżały lekko, a oczy, niegdyś pełne blasku, teraz miały w sobie cień zmęczenia.

— Przyjechałaś, kochanie — szepnęła matka, ściskając jej dłoń.

— Oczywiście, mamo. Jak mogłabym nie przyjechać? — odparła Sofia, ukrywając łzy.