Zaprosili „klasową przegraną” na zjazd absolwentów po dziesięciu latach, aby się z niej pośmiać — jej triumfalne przybycie wprawiło ich wszystkich w osłupienie.

Naprzeciwko niej siedział Paulo Reis, którego antracytowy garnitur i perfekcyjnie wiązana krawat już z wyprzedzeniem zdradzały jego zawód. Prawnik biznesowy, który nosił sceptycyzm jak zbroję, a w każdej rozmowie widział negocjację do wygrania. Powoli kręcił swój whisky z wyrachowaniem, obserwując jak kostki lodu przesuwają się, jakby jego napój zasługiwał na strategii refleksji.

Leonardo Farias dopełniał kwartetu, młodszy, ale być może najniebezpieczniejszy: szczupły, o ostrych rysach, z nerwową energią tego, kto miał start-up technologie, który wystrzelił w oszołamiający sukces. Cały czas spoglądał na zegarek, nie dlatego, że miał jakieś spotkanie, lecz dlatego, że jego tożsamość opierała się na przekonaniu, że czas to waluta, a on był multimilionerem.

„Bruno, czekaj”, powiedział. „A Eloá?”

Sílvia spojrzała na niego, wpatrując się w ekran, zanim należał do siebie przypomniała. Jej oczy się rozszerzyły, a z jej ust wydobył się śmiech, za głośny jak na eleganckie miejsce, przyciągając zirytowane spojrzenia z sąsiednich stołów.

„O mój Boże!”, zadrżała pomiędzy wybuchami śmiechu. „Eloá Silveira… zupełnie o niej zapomniałam!”

Paulo pochylił się, badając zdjęcie z albumu ukończenia z mieszanką niedowierzania i pogardy.

„Dziewczyna, która codziennie jadała sama w świetlicy artystycznej?”, zapytał drwiąco. „Serio, myślicie o niej?”

Leonardo zaśmiał się, jego oczy zaświeciły okrutnym blaskiem.

„To absolutnie idealne”, powiedział stukając palcami o stół. „Wyślemy jej zaproszenie. Przyjdzie myśląc, że ludzie na pewno chcą ją zobaczyć, że coś się zmieniło, że w końcu ma znaczenie.”

Sílvia od razu chwyciła myśl, jej śmiech transformował się w coś bardziej ciętego, bardziej kalkulowanego.

„A to da nam szansę przypomnieć wszystkim, jak bardzo się w życiu wznieśliśmy”, powiedziała, przerywając, aby znaleźć idealną formułę. „Kontrast będzie rozkoszny. Wisienka na torcie!”

Bruno już pisał, dodając imię Eloá do listy zaproszonych gości w dramatycznym geście.

„Zaproszenie na spotkanie rocznika 2015 z Colégio Glenridge”, przeczytał głośno. „W Cascata Grand Estate. Strój wieczorowy obowiązkowy.” Uniósł głowę, uśmiechając się od ucha do ucha. „Na pewno przyjdzie w sukience z lumpeksu.”

Paulo uśmiechnął się, podnosząc swój kieliszek whisky.

„Jeśli przyjdzie, co do czego wątpię.”

Sílvia uniosła swój kieliszek z absolutną pewnością.

„O, ona przyjdzie”, powiedziała półgłosem. „Dziewczyny takie jak Eloá zawsze przychodzą. Zawsze będą miały nadzieję, że coś się zmieniło.”

Wznieśli toast, dźwięk kryształów pieczętując ich pakt nonszalancji. Bruno nacisnął przycisk ostatni, a powiadomienie pokazało się: Zaproszenie wysłano.

Kamery zatrzymały się na tablecie, zbliżając się do zdjęcia z albumu. Dziewczyna wydawała się krucha, niemal jak duch, z dużymi okularami pochłaniającymi jej bladą twarz i cienkimi włosami związanymi w ciasny kucyk. Nosząc za dużą bluzę, pochłaniającą jej drobną sylwetkę, ale jej oczy miały coś niepokojącego, wpatrując się w przestrzeń, jakby nie patrzyła na fotografa, lecz poza to, coś wykraczającego poza granicę, co mogła dostrzec tylko ona.

Wspomnienia Eloá powróciły w błysku, strzępach okrutnych wspomnień, które mniej przypominały nostalgię, a bardziej akta oskarżenia.

Najpierw stołówka, ten uniwersalny teatr hierarchii w szkole średniej.

Eloá, siedząca sama w kącie, plecami oparta o mur, jakby chciała się w niego wtopić. Gruba książka otwarta przed nią. Tytuł: Dynamika płynów i inżynieria kosmiczna, co z miejsca czyniło ją inną, kimś, kogo ambicje dalece wykraczały poza akceptację społeczną nastolatka. Wokół niej stoły drżały od śmiechu i hałasu, ale nic do niej nie docierało. Nauczyła się, że niewidzialność jest bezpieczniejsza niż widoczność. Przeglądała strony z metodycznym spokojem, jej wyraz twarzy nigdy się nie zmieniał, a koncentracja była absolutna.

Przypomnienia były coraz bardziej brutalne. Jej szafkę zdewastowano, słowo DUCH napisane grubymi, cieknącymi literami. Farbowe ślady, jeszcze mokre, spływały w nieregularne smugi. Eloá stała przed nią, spoglądając na to słowo z beznamiętną twarzą. Nie zapłakała, nie krzyknęła, nie dostarczyła im widowiska, na które czekali. Po prostu otworzyła szafkę, wzięła swoje książki i odeszła z sztywną godnością.

Za nią uczniowie obserwowali, rechocząc, Sílvia wśród nich, szepcząc coś, co wzbudziło falę nowego śmiechu.

Pojawiła się następnie sala lekcyjna, rytuał rozdawania prac. Nauczycielka przechodziła między rzędami, a do Eloá skierowała uśmiech i z subtelnym skinieniem położyła arkusz z oceną.

Eloá odwróciła kartkę: 18/20 na czerwono.