Wyrzucił swoją ciężarną żonę, bo spodziewała się dziewczynki, ale zapłacił fortunę, żeby jego kochanka urodziła chłopca w prywatnej klinice.

— „Tylko proszę… nie strasz mnie. Już wystarczy lęku w moim życiu.”

Marc usiadł naprzeciwko niej. Spojrzał na nią jak człowiek, który wreszcie zrozumiał, że stoi nad przepaścią.

— „Zrobiłem coś bardzo głupiego. Coś, czego się wstydzę.”

Jego głos drżał. Élise poczuła chłód spływający po kręgosłupie.

— „Chodzi o… kogoś innego?”

Cisza była odpowiedzią.

Łza spłynęła po jej policzku, ale nie zrobiła awantury, nie krzyczała. Jej łagodność była dla Marca ciężarem większym niż krzyk.

— „Chcę wszystko naprawić” — dodał w końcu. — „Nie chcę Cię stracić, Élise. Nie chcę stracić naszego dziecka. Ale muszę opowiedzieć Ci wszystko, zanim będzie za późno.”

Rozmawiali długo — aż do nocy. O zdradzie, o strachu, o jego zaślepieniu. O Chloé, która, jak się okazało, również przeżywała wszystko w ogromnym napięciu, niepewna, czy Marc naprawdę wie, czego chce.

Élise słuchała, z każdą minutą coraz bardziej świadoma, że choć serce pęka, to wciąż tam jest: jej rodzina, jej przyszłość, jej dziecko. A ona sama ma wybór.

Tego wieczoru nie zapadła żadna decyzja — oboje wiedzieli, że potrzebują czasu.


Po kilku dniach Élise pojechała do Annecy, aby odpocząć i odzyskać siły. Matka przywitała ją ramionami, w których znów poczuła się jak dziecko. Mimo bólu w środku znalazła tam przestrzeń, by przemyśleć wszystko na chłodno.

Marc tymczasem odwiedzał Chloé w klinice Saint-Antoine, ale jego serce było w zupełnie innym miejscu. Kiedy Chloé zobaczyła jego rozdarcie, powiedziała mu prosto:

— „Marc… nie kochasz mnie. Kochasz swoją żonę. I to do niej musisz wrócić.”

Jej słowa były jak klucz otwierający zamknięte drzwi. Poczuł wdzięczność — i ogromne wstydu — ale też determinację, by w końcu zmierzyć się ze wszystkim uczciwie.

Kilka dni później, gdy Chloé zaczęła rodzić, Marc pobiegł do kliniki. Pomagał, wspierał, trzymał ją za rękę, ale w środku wiedział, że to ostatnia rzecz, którą robi dla niej jako partner w jakimkolwiek sensie. Gdy chłopiec przyszedł na świat, Marc patrzył na niego ze wzruszeniem — ale też z przeświadczeniem, że musi być lepszym człowiekiem, niż był.

Chloé spojrzała na niego łagodnie.

— „Nie jesteśmy parą, Marc. Ale wierzę, że możemy być dobrymi rodzicami — każde na swój sposób.”


Następnego ranka Marc wsiadł do pociągu do Annecy. Miał w rękach tylko jedną walizkę, a w niej list od Chloé i małą czapeczkę dla jej synka — jako symbol nowego początku, a nie ciężaru.

Na peronie zobaczył Élise, stojącą ociężale, z brzuchu wystawała już linia gotowa do narodzin. Gdy podszedł, wypowiedział tylko jedno słowo:

— „Przepraszam.”