Elina uniosła wzrok. W kącie autobusu młoda kobieta otarła łzę. Mężczyzna w garniturze skinął głową w milczeniu, jakby coś zrozumiał. Cały autobus, który przed chwilą był pełen obojętności, teraz trwał w przejmującej ciszy.
Wybacz mi, ciociu Zoju… — wyszeptała Elina
— Czy ktoś jeszcze mieszka na piątym piętrze? — zapytała cicho Elina.
— Nie… wszystko się zmieniło. Ale moje drzwi… moje drzwi są zawsze otwarte, kochanie.
Autobus zatrzymał się. Elina pomogła Zoi wstać i razem wyszły. W ślad za nimi nie było już spojrzeń pełnych niechęci. Była cisza. Prawdziwa, pełna szacunku cisza.
Na wilgotnym od deszczu chodniku Elina poczuła coś, czego nie czuła od lat. Początek. Nie krok wstecz — lecz do przodu.
Tego dnia nikt nie patrzył na jej tatuaż. Nikt nie szeptał za plecami. Każdy widział tylko kobietę, która powstała, przeprosiła… i została przyjęta.