Wybacz mi, ciociu Zoju… — wyszeptała Elina

— Wybacz mi, ciociu Zoju… — wyszeptała Elina, a łzy zaczęły płynąć bez oporu po jej policzkach.

Starsza kobieta nie odpowiedziała od razu. Patrzyła tylko — uważnie, głęboko, jakby próbowała odnaleźć w tych zmęczonych oczach dziewczynkę, którą kiedyś znała. W jej spojrzeniu nie było gniewu. Tylko smutek. I coś jeszcze — ulga.

— Nie mam ci czego wybaczać, dziecko… Modliłam się. Codziennie. Żebyś wróciła. Żebyś nie zginęła tam na zawsze, w ciemności.

Elina pochyliła się i chwyciła jej dłonie, przyciskając je do siebie. W jednej chwili przestała być chłodną, zdystansowaną kobietą, którą widzieli pasażerowie. Znowu była tą zagubioną dziewczynką z klatki schodowej, tą, którą kiedyś Zoja tuliła, gdy świat walił się na głowę.

— Nie powinnam wracać… Nikt tu na mnie nie czekał. Siedem lat za kratami, a świat… zapomniał, że istniałam.

Starsza kobieta ścisnęła jej dłoń mocniej, niż można by się po niej spodziewać.

— Słuchaj mnie, Elinko. To nie świat decyduje, kim jesteś. Nie sąd, nie sąsiedzi, nie przeszłość. Tylko ty.