Wiatr przyniósł z pól zapach

Uśmiechnął się krzywo. Jak ktoś, kto wreszcie dostał zadanie, nie wyrok.

Po jego wyjeździe długo siedziałam przy stole z dłonią na zdjęciu Henriego.

— Nie wiem, czy to początek, czy koniec — szepnęłam. — Może to jedno i to samo. Może po prostu przechodzimy z pokoju do pokoju w tym samym domu.

Wieczorem Andrei przyniósł ramkę od ula.

— Słyszy pani? Tak brzmi życie. Czasem cichnie, ale tylko przenosi się głębiej.

Jesienią suszyłam jabłka i pisałam na słoikach:

„Żyję.”

„Nie odchodzę.”

„Henri, trzymam cię blisko.”

Na targu moje słoiki stały obok miodu Andreia. Kobieta zapytała:

— Kim jest Henri?

— Mężczyzną, który kochał ten dom.

— A pani?