Moja teściowa nie miała pojęcia, że płacę 20 000 złotych miesięcznie za wynajem. Kazała mi się wyprowadzić, żeby jej najstarszy syn i jego żona mogli mieć dziecko. Już następnego dnia zadzwoniłam do firmy przeprowadzkowej i spakowałam wszystko, co do mnie należało – i wtedy nagle zaczęła się martwić i bać.
Moja teściowa nie miała pojęcia, że to ja płacę 20 000 złotych miesięcznie za wynajem.
Powiedziała to tak po prostu, stojąc w kuchni naszego apartamentu, który dzieliłam z mężem. Jej ton był lekki, praktyczny – jakby rozmawiała o ustawieniu mebli.
„Powinnaś się wyprowadzić” – stwierdziła. „Twój szwagier z żoną chcą mieć dziecko. Oni potrzebują tego miejsca bardziej niż wy.”
Zamarłam z kubkiem w połowie drogi do ust.
Nie pytała. Nie tłumaczyła. Nawet nie udawała, że bierze pod uwagę moje uczucia. W jej głowie decyzja była już podjęta. Byłam tymczasowa. Zastępowalna. Wygodna.
Mój mąż siedział cicho przy stole, wpatrzony w telefon. Nie stanął w mojej obronie. Nie protestował. Nawet nie wyglądał na zakłopotanego.
To bolało bardziej niż jej słowa.
Przez lata byłam w tej rodzinie niewidzialna. „Łatwą” synową. Tą, która nie narzeka, nie sprawia problemów, nie domaga się uznania. Gotowałam. Sprzątałam. Cicho płaciłam rachunki. Pilnowałam opłat, przelewów, umów – rzeczy, na których nikomu nie zależało, dopóki nagle nie stały się ważne.
Nie miała pojęcia, że czynsz nie pochodzi od jej syna.