Sześć tygodni po tym, jak mąż porzucił mnie i nasze nowo narodzone dzi
Kościół był zapierający dech w piersiach. Białe kwiaty zdobiły przejście. Goście szeptali podekscytowani. Muyka nabrzmiała.
Mój były mąż stał przy ołtarzu w garniturze uszytym na miarę, uśmiechając się jak człowiek, który wierzy, że jego życie się zresetowało. Obok niego stała jego nowa narzeczona, promieniejąca w koronkach, przekonana, że wychodzi za mężczyznę, który wygrał życie.
Drzwi zaskrzypiały.
Wszystkie głowy się odwróciły.
Szłam powoli w stronę ołtarza, odgłos moich butów odbijając się echem od kamiennej posadzki. Mój synek poruszył się, ale nie zapłakał. Tylko mrugał, patrząc w górę na światła, spokojny, ciepły i żywy.
Szepty i zduszone okrzyki przeszły przez ławki.
Ktoś zakrył usta dłonią. Ktoś inny wyszeptał moje imię.
Uśmiech mojego byłego męża zgasł.
Patrzył na mnie, jakby ujrzał ducha.
„Co to ma znaczyć?” – syknął, robiąc krok do przodu. „Nie możesz tu być.”
Zatrzymałam się w połowie przejścia.
„Nie zabawię długo” – powiedziałam wyraźnie. Mój głos nie drżał. „Przyszłam tylko doręczyć coś, co należy do ciebie.”
Uniosłam niebieski folder.