Babcia patrzyła na to z niedowierzaniem. Wilki współpracowały, ostrożnie, cierpliwie. Ranny w końcu podniósł się na trzech łapach, chwiał się, ale stał. Oddychał ciężko, para buchała mu z pyska. Przez chwilę cała czwórka stała nieruchomo.
Potem wydarzyło się coś, czego kobieta nigdy w życiu nie zapomniała.
Czarny wilk podszedł powoli do niej. Każdy krok był spokojny, pewny. Zatrzymał się może dwa metry od niej. Patrzył na nią długo, aż babcia poczuła dziwne ciepło w środku, mimo lodowatego powietrza. Zwierzę lekko pochyliło łeb. Nie jak do ataku. Bardziej jakby… w geście uznania.
— Idźcie już — szepnęła, czując, że oczy zaczynają jej wilgotnieć.
Wilk jeszcze chwilę stał, a potem odwrócił się i wrócił do reszty. Stado ruszyło powoli w stronę lasu. Ranny szedł najwolniej, kulejąc, ale trzymał się na nogach. Na skraju drzew zatrzymali się jeszcze raz. Jeden z młodszych obejrzał się za siebie. Po sekundzie zniknęli między świerkami, jakby nigdy ich tam nie było.
Babcia dopiero wtedy poczuła, jak bardzo trzęsą jej się nogi. Usiadła ciężko na śniegu i wypuściła powietrze z płuc. Spojrzała na przerębel, na połamany lód, na ślady łap prowadzące do lasu.
— Kto by uwierzył… — mruknęła pod nosem.
Po chwili podniosła się, zebrała swój chrust i powoli ruszyła w stronę domu. Jeszcze wiele razy oglądała się przez ramię, ale wilki już się nie pojawiły. Tylko wiatr niósł po zamarzniętym jeziorze suchy, mroźny szelest, jakby góry szeptały, że czasem dobro wraca w najbardziej nieoczekiwany sposób.