Rafał mówił cicho, niemal szeptem, jakby bał się, że ściany mogą podsłuchiwać. — Zofio… twój ojciec był bardzo ostrożnym człowiekiem. Kiedy zaczął przygotowywać sprzedaż firmy, już wtedy miał obawy. Nie ufał twojemu mężowi. A jeśli mam być całkiem szczery… obawiał się właśnie jego matki. Ścisnęłam telefon tak mocno, że zbielały mi palce. — Chcesz powiedzieć… że spodziewał się, iż ktoś mnie okradnie?
— Spodziewał się, że ktoś z twojego najbliższego otoczenia może spróbować przywłaszczyć te pieniądze — odpowiedział Rafał. — Dlatego nalegał na specjalną procedurę. Część gotówki, którą otrzymałaś, została zarejestrowana w ramach federalnego śledztwa dotyczącego prania pieniędzy przez podstawione firmy logistyczne w Europie i na Bliskim Wschodzie. Banknoty były oznaczone. Wbudowane mikrozabezpieczenia, możliwe do śledzenia przez międzynarodowe systemy bankowe i służby celne. Zrobiło mi się zimno. — Czyli…
— Czyli w chwili, gdy te pieniądze przekroczą granicę i ktoś spróbuje ich użyć, system wyśle sygnał. Spojrzałam na policjantów w pokoju. Detektyw stojący przy oknie uważnie obserwował moją twarz. — Rafał… oni polecieli do Dubaju. — Wiem — odpowiedział spokojnie. — I uwierz mi, to najgorszy możliwy kierunek, jaki mogli wybrać. Opuściłam telefon i przekazałam detektywowi rozmowę niemal słowo w słowo.
Nie przerywał. Gdy skończyłam, wyprostował się powoli. — Pani Lewicka… — powiedział już zupełnie innym tonem. — Jeśli to prawda, właśnie z ofiary kradzieży stała się pani kluczowym świadkiem w międzynarodowej sprawie. — Nie prosiłam się o to — wyszeptałam. — Wiem. Ale teraz musi pani współpracować i zadbać o własne bezpieczeństwo.
Odszedł na bok i zaczął do kogoś dzwonić, zasłaniając mikrofon dłonią. Rafał wciąż był na linii. — Zofio, — powiedział cicho — czy jesteś teraz sama? — Policja jest w sypialni.
— Dobrze. W takim razie słuchaj uważnie. Twój ojciec podpisał porozumienie z federalnymi instytucjami na długo przed swoją śmiercią. Pomagał rozbić siatkę prania pieniędzy przez fikcyjne firmy logistyczne w Europie i na Bliskim Wschodzie. Sprzedaż jego przedsiębiorstwa była częścią operacji. A pieniądze, które dostałaś… były przynętą. Legalną. Zarejestrowaną. W pełni kontrolowaną. — Przynętą dla kogo? — Dla tych, którzy byli wystarczająco blisko, by zaryzykować — odpowiedział. — I niestety twój ojciec miał rację. Zamknęłam oczy.
— Czyli… Piotr i Krystyna właśnie podpisali sobie wyrok? — Jeśli spróbują użyć tych pieniędzy — tak. A spróbują. Ludzie, którzy kradną milion, nie chowają go pod materacem. Usiadłam powoli na skraju łóżka. — Co mam robić? — Dokładnie to, co powie policja. I nikomu — słyszysz? — nikomu nie odpowiadaj, jeśli spróbują się z tobą skontaktować.
Jakby na potwierdzenie jego słów, mój telefon znów zawibrował. Wiadomość. Od Piotra. Spojrzałam na ekran, czując, jak po plecach przebiega mi lodowaty dreszcz. „Zofia, nie rób scen. To tylko pieniądze. Wzięliśmy to, co dawno nam się należało. Zawsze byłaś zbyt przywiązana do spadku po tatusiu.”
Detektyw gwałtownie się odwrócił. — Kontaktują się z panią? Bez słowa podałam mu telefon. Skinął głową do jednego z funkcjonariuszy. — Skopiować. Natychmiast.
Minutę później przyszła kolejna wiadomość. Tym razem — głosowa. Włączyłam ją, a po pokoju rozlał się śmiech Krystyny — wysoki, arogancki, aż do bólu znajomy. — Droga Zofio — przeciągnęła — nie rób głupstw. Jesteśmy w samolocie, szampan już się chłodzi, a słońce zapowiada się tu wspaniale. Wyluzuj. Może kupisz sobie coś za te resztki, które ci zostały? W tle rozległ się chichot Piotra. — Jesteś mądrą dziewczyną — dodał. — Zrozumiesz, że nie ma sensu się stawiać.
Czułam, jak coś we mnie pęka. Detektyw wyłączył dźwięk. — Myślą, że są nietykalni. — Zawsze tak myślą — odpowiedziałam cicho. Spojrzał mi prosto w oczy.
— Pani Lewicka, mamy zgodę na międzynarodowy wniosek. Gdy tylko wylądują i spróbują wymienić choć jeden banknot — system zadziała. Kamery, monitoring finansowy, kontrola graniczna. Zostawiają ślady, nawet jeśli są przekonani, że działają wyłącznie gotówką. — A jeśli nie będą wydawać? — Będą — uciął. — Ludzie, którzy wysyłają takie wiadomości, nie potrafią czekać. Następne godziny ciągnęły się w nieskończoność.
Zabrano mnie na komisariat, bym złożyła oficjalne zeznania. W kółko powtarzałam to samo: o sejfie, o kolacji, o ładowarce, o pocałunku w czoło i obietnicy „życia w luksusie”. Brzmiało to tak, jakbym opowiadała cudzą historię. Rafał przyjechał osobiście — w ciemnym garniturze, z teczką pod pachą i miną, którą widziałam u niego tylko na pogrzebie ojca. — On zawsze bał się, że ucierpisz — powiedział, gdy zostaliśmy sami. — Dlatego wszystko tak skomplikował. — Dlaczego mi nic nie powiedział? — Bo gdybyś wiedziała… ktoś mógłby cię zmusić do mówienia. Chciał, żebyś była chroniona, nawet nie rozumiejąc przed czym. Wieczorem detektyw wrócił z tabletem.