Klara westchnęła, ale odpisała: „Przyjadę”.
Do domu rodziców dotarła autobusem i metrem. Margaret przywitała ją ciepłym uśmiechem, ojciec, Frederic, — powściągliwym uściskiem.
Klara westchnęła, ale odpisała: „Przyjadę”.
Do domu rodziców dotarła autobusem i metrem. Margaret przywitała ją ciepłym uśmiechem, ojciec, Frederic, — powściągliwym uściskiem.
Tylko brat, Vincent, ledwo spojrzał jej w oczy.
O ósmej wieczorem dom migotał światełkami, a stół był nakryty.
Klara starała się trzymać, choć w środku czuła się obco — jakby nie była częścią tej rodziny, a jedynie grzecznościowym gościem.
— Kochani, już niedługo północ! — zawołała Margaret. — Siadajmy!
Wszyscy zajęli miejsca.
Frederic uniósł kieliszek:
— Chciałbym powiedzieć kilka słów…
— Poczekaj, tato — przerwał mu ostro Vincent.
Wstał. Jego twarz była napięta, oczy błyszczały złością.
— Nie usiądę do stołu z tą nieudacznicą, — wyrzucił, wskazując Klarę.
Margaret wciągnęła gwałtownie powietrze, Frederic zbielał na twarzy.
Klara siedziała nieruchomo, nie od razu pojmując, co właśnie usłyszała.
— Vincent, co ty wygadujesz?! — krzyknęła Margaret. — Przecież to twoja siostra!
Ale on już pochylił się nad stołem, mówiąc jeszcze ciszej, jeszcze twardziej:
— Przynosi nieszczęście. A ja…
Podniósł rękę, jakby zamierzał dodać coś jeszcze — coś ostatecznego, brutalnego, co mogłoby nieodwracalnie zniszczyć ten wieczór.
I właśnie w tej chwili Klara wstała od stołu.