Przy świątecznym stole mój brat oznajmił:

Klara westchnęła, ale odpisała: „Przyjadę”.

Do domu rodziców dotarła autobusem i metrem. Margaret przywitała ją ciepłym uśmiechem, ojciec, Frederic, — powściągliwym uściskiem.

Tylko brat, Vincent, ledwo spojrzał jej w oczy.

O ósmej wieczorem dom migotał światełkami, a stół był nakryty.

Klara starała się trzymać, choć w środku czuła się obco — jakby nie była częścią tej rodziny, a jedynie grzecznościowym gościem.

— Kochani, już niedługo północ! — zawołała Margaret. — Siadajmy!

Wszyscy zajęli miejsca.

Frederic uniósł kieliszek:

— Chciałbym powiedzieć kilka słów…

— Poczekaj, tato — przerwał mu ostro Vincent.

*

Wstał. Jego twarz była napięta, oczy błyszczały złością.

— Nie usiądę do stołu z tą nieudacznicą, — wyrzucił, wskazując Klarę.

Margaret wciągnęła gwałtownie powietrze, Frederic zbielał na twarzy.

Klara siedziała nieruchomo, nie od razu pojmując, co właśnie usłyszała.

— Vincent, co ty wygadujesz?! — krzyknęła Margaret. — Przecież to twoja siostra!

Ale on już pochylił się nad stołem, mówiąc jeszcze ciszej, jeszcze twardziej:

— Przynosi nieszczęście. A ja…

Podniósł rękę, jakby zamierzał dodać coś jeszcze — coś ostatecznego, brutalnego, co mogłoby nieodwracalnie zniszczyć ten wieczór.

I właśnie w tej chwili Klara wstała od stołu.