Powrót na wózku: gdy ojciec

Wróciłem do domu w mundurze galowym, z medalami przypiętymi równo do piersi. Deszcz wisiał w powietrzu jak ciężka zasłona, a ulica była szara i rozmyta. Taksówka stała jeszcze przy krawężniku, silnik mruczał niecierpliwie, jakby kierowca przeczuwał, że za chwilę zrobi się niezręcznie.

Wjechałem wózkiem pod znajomy podjazd. Ten sam, który kiedyś odśnieżałem zimą, narzekając co najwyżej na zadanie z matematyki. Teraz nachylenie wydawało się strome jak górska ścieżka, a metalowe obręcze kół parzyły dłonie chłodem.

W głowie miałem prosty obraz: otwarte drzwi, uścisk, może nawet niezdarny uśmiech. Cokolwiek, co mówi „dobrze, że jesteś”. Zamiast tego zobaczyłem ojca stojącego w progu jak mur.

— Nie prowadzimy domu opieki — warknął, blokując wejście. W jego głosie czuć było gorycz i zmęczenie, jakby mój powrót był kłopotem wpisanym w plan dnia. — Idź do weteranów. My nie mamy miejsca.

Nie patrzył na mundur ani na odznaczenia. Jego wzrok zatrzymał się wyłącznie na tym, czego już nie miałem.

— Tato… to ja. Wróciłem — powiedziałem, próbując utrzymać ton spokojny, chociaż w środku wszystko mi się rwało. Chciałem dodać, że dzwoniłem, że próbowałem uprzedzić, że to nie tak miało wyglądać. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

— Widzę, że wróciłeś. I widzę też wózek — odparł sucho. — Mówiłem twojej matce, że nie będę tu nikogo pielęgnował. Są instytucje od takich spraw.

„Od takich spraw”. Tak, jakbym nie był człowiekiem. Tak, jakbym nie był jego synem.