— Ale jak to?! — wybuchła Ilona, już wyraźnie zaniepokojona.
Otworzyłam teczkę i przesunęłam ją na środek
— To znaczy, że skoro przez dziesięć lat pani brat i jego żona ponosili wszystkie koszty, a pani nie dołożyła się ani złotówki, to sąd może uznać pani udział za niesprawiedliwy i nieuzasadniony.
Zapadła cisza. Taka, że można było usłyszeć długopis przesuwany po papierze. Upiłam łyk wody i spokojnie powiedziałam:
— Wiesz co, Ilona? Nie chcemy ciągać się po sądach. Nie chcemy skandalu. Możesz zatrzymać swoją część… jeśli pokryjesz połowę kosztów, które ponieśliśmy przez ostatnie dziesięć lat. Suma znajduje się na ostatniej stronie. Dokładnie 47 000 euro.
Ilona zbladła. Przewróciła stronę, przeczytała i wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć.
— To jakiś żart…
— Ani trochę. Ale możesz też podpisać zrzeczenie się dziedziczenia i zamknąć temat z godnością.
I wiecie co zrobiła? Podpisała. Bez słowa.
Wyszliśmy od notariusza z podniesioną głową. Nie z triumfem, lecz ze spokojem. Bo czasem sprawiedliwość nie krzyczy — ale ma dobrze posegregowane dokumenty.