Dr Heinrich Müller, 55-letni psycholog z siwiejącymi skroniami, specjalista w leczeniu traum wojennych, od miesięcy obserwował Klausa z rosnącym niepokojem. W swojej długiej karierze leczył dziesiątki weteranów, lecz przypadek Klausa był szczególnie trudny. Młody mężczyzna całkowicie się zamknął, mówił najwyżej dziesięć słów dziennie i jadł tylko tyle, ile było konieczne.
Müller wiedział, że klasyczne metody terapii nie przyniosą efektu. Klaus potrzebował czegoś radykalnego — czegoś, co wyrwie go z dobrowolnej izolacji. Pod koniec lutego przyszedł do niego z niezwykłą propozycją.
— Chciałbym, żeby pojechał pan ze mną do Münster — powiedział bez wstępów.
Klaus jak zwykle siedział przy oknie, czując słabe ciepło zimowego słońca na twarzy.
— Jest tam ktoś, kogo powinien pan poznać. Weteran wojenny, tak jak pan. Ktoś, kto dokładnie rozumie, przez co pan przechodzi.
Klaus gorzko się zaśmiał.
— Inny niewidomy żołnierz? I co nam to da? Będziemy się razem użalać nad sobą?
Dr Müller pokręcił głową.
— To nie człowiek. To pies. Pies policyjny ciężko straumatyzowany w służbie. Tak jak pan stracił najlepszego przyjaciela. Tak jak pan nosi w sobie tę samą winę i tę samą ciemność.
Po długiej ciszy Klaus zapytał bezbarwnym głosem:
— Dlaczego miałbym to zrobić