Milioner ukrył się, by „wystawić na próbę” swoją żonę, opiekując się adoptowanymi trojaczkami… aż do momentu, gdy służąca zrobiła coś nie do pomyślenia.

— Moje miejsce jest tutaj. Przy nich.

Ethan patrzył, jak jego żona robi krok naprzód. Jak Lena się nie cofa. Jak strach nie odbiera jej kręgosłupa.

I wtedy coś w nim pękło.

Ale zanim zdążył zareagować — stało się coś, czego nie przewidział żaden test.

Jedno z dzieci nagle przestało płakać.

Zapadła cisza.

Celeste zamarła. Lena spojrzała w dół.

Dziecko, trzymane przy piersi Leny, wyciągnęło maleńką dłoń i chwyciło ją za palec. Mocno. Jakby wiedziało.

— Widzisz? — wyszeptała Lena, nie patrząc na Celeste. — One wiedzą, kto je chroni.

Celeste cofnęła się o krok.

Po raz pierwszy.

Jej idealna twarz drgnęła.

— To nie są… moje dzieci — powiedziała nagle, głosem pozbawionym dekoracji. — To była twoja decyzja, Ethan. Ja się tylko zgodziłam.

Te słowa przecięły powietrze jak ostrze.

Ethan wyszedł z cienia.

— Wystarczy.

Celeste odwróciła się gwałtownie. Jej twarz pobladła.

— Ethan?! Ty… ty miałeś być…

— Wiem, gdzie miałem być — odpowiedział spokojnie. — Ale byłem tutaj. I wszystko widziałem.

Zapadła cisza ciężka jak beton.

— To nie tak wygląda — zaczęła Celeste, automatycznie. — Ona prowokowała. Przekraczała granice—

— Granice? — przerwał jej. — Jedyną osobą, która je dziś przekroczyłaś, jesteś ty.

Spojrzał na Lenę.

— Dziękuję — powiedział tylko.

Następnego dnia świat Celeste Veil runął.