Schodziła powoli marmurowymi stopniami tarasu, wzrok utkwiony w ziemi, jakby liczenie każdego kroku mogło złagodzić ból.
Dwadzieścia kroków do bramy.
Dwadzieścia kroków od trzech lat miłości, rutyny i poczucia przynależności.
Tagaytay o zachodzie słońca kąpał rezydencję w miękkim, złotym blasku. Lena przypomniała sobie, jak bardzo uwielbiała tę godzinę — kiedy światło przebijało się przez zasłony Arii i leżały razem na łóżku, wymyślając kształty z tańczących cieni.