Mary zamilkła na chwilę, jakby

Mary skinęła głową.

— Świat ci tego nie wybaczy. Ludzie będą mówić, że zostawiłaś męża w biedzie. Tak jak mówią, że ja wychowałam pijaka.

— Ludzie zawsze będą mówić, — odparłam. — Ale ja muszę żyć tak, żeby mój syn był bezpieczny.

Rozmowa dobiegła końca. Mary ruszyła w stronę drzwi, ale po chwili się zatrzymała.

— Mogę chociaż zobaczyć Davida? Nie widziałam go od Bożego Narodzenia.

Uśmiechnęłam się lekko.

— Oczywiście, Mary. Tylko proszę — daj znać wcześniej.

Skinęła głową i wyszła bez słowa. Drzwi zamknęły się cicho, a ja stałam w środku biura, z bijącym sercem i łzami w oczach. Koleżanki odwracały wzrok, jakby nic się nie stało. Ale wszyscy czuli, że coś we mnie właśnie pękło — i jednocześnie się uleczyło.

Wieczorem, gdy wróciłam do domu, panowała cisza. David już spał. Usiadłam obok niego i głaskałam jego włosy.

— Wszystko to robię dla ciebie, kochanie — wyszeptałam. — Żebyś nie widział tego, co ja widziałam.

Następnego dnia Mary się nie pojawiła, ale dostałam SMS-a: „Byli dziś komornicy. Zabrali jego część mieszkania. Tom zniknął. Dziękuję, że mnie nie potępiłaś. — M.”

Siedziałam długo, patrząc w ekran telefonu. Po raz pierwszy poczułam współczucie dla niej. Nie dla Toma — on dokonał swoich wyborów — ale dla niej, kobiety, która straciła wszystko: męża, syna, spokój. I pomyślałam: mogłabym być na jej miejscu, gdybym została.

Kilka dni później, wieczorem, ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam — Mary. W tym samym starym płaszczu, z torbą w ręku.

— Nie wiedziałam, dokąd pójść, — powiedziała cicho. — Tom zostawił mi tylko list i pustą butelkę.

Zrobiłam jej miejsce.

— Wejdź, Mary. David śpi, ale możesz go zobaczyć.

Podeszła do łóżka i patrzyła na chłopca długo.

— Jest podobny do niego… ale ma twoje oczy. Może będzie inny.

— Będzie, — powiedziałam. — Bo nie pozwolę, żeby powtórzył te same błędy.

Mary usiadła na kanapie, trzymając torbę na kolanach.

— Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć. Ale może dobrze, że odeszłaś. On by cię zniszczył tak, jak zniszczył siebie. Ja nie miałam odwagi odejść.

— To nie była odwaga, — odpowiedziałam. — To była rozpacz. Ale czasem jedno i drugie znaczy to samo.

— Może masz rację, — szepnęła.

Siedziałyśmy chwilę w ciszy. Deszcz stukał o parapet, światła uliczne drżały za firanką. W końcu wstała, poprawiła płaszcz i powiedziała:

— Dbaj o niego, Clara. I o siebie. Ja jakoś sobie poradzę.

— Wiem, że dasz radę, — odpowiedziałam. — I jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować — wiesz, gdzie mnie znaleźć.