Historia Marka i Szczeniaka

Wewnątrz worka, skulone i skrajnie wycieńczone, leżało drugie zwierzę. Nie był to jednak pies. W środku znajdowała się mała, ruda wiewiórka oraz… jeszcze jeden szczeniak, brązowy, niemal nie dający znaków życia. To ich ciepła i obecności pilnował czarny strażnik. Ktoś wrzucił je wszystkie do worka jak śmieci, wiążąc go mocno, by nie mogły uciec. Czarnemu szczeniakowi udało się jakimś cudem przegryźć dziurę i wydostać na zewnątrz, ale zamiast uciekać do lasu w poszukiwaniu jedzenia, został na straży swoich towarzyszy niedoli.
Czarny piesek lizał pyszczek swojego brata, próbując go ogrzać. Marek nie tracił ani sekundy. Zdjął swoją grubą kurtkę, zawinął w nią całą trójkę i pobiegł do samochodu. Ogrzewanie włączył na maksimum.
— Wytrzymajcie, proszę, wytrzymajcie — powtarzał, czując, jak po jego policzku spływa łza, której nie potrafił powstrzymać.
Przez następne kilka dni dom Marka zamienił się w szpital polowy. Brązowy szczeniak, którego nazwał Bary, był na skraju śmierci z powodu hipotermii. Wiewiórka, nazwana Rudą, miała złamaną łapkę — prawdopodobnie od rzucenia workiem o ziemię. A Czarny? Czarny, któremu Marek nadał imię Cień, nie odstępował ich na krok. Nie jadł, dopóki Bary nie otworzył oczu. Nie spał, dopóki wiewiórka nie zaczęła pić wody z zakraplacza.
Lokalny weterynarz, który przyjechał z pomocą, kręcił głową z niedowierzaniem.
— Marku, to cud, że ten czarny malec nie zamarzł. On oddawał im całe swoje ciepło, leżąc na tym worku. Ta lojalność… to jest coś, czego my, ludzie, nigdy w pełni nie zrozumiemy.
Minęły trzy miesiące. Las znów stał się zielony, a mroźne poranki odeszły w niepamięć. Ruda wiewiórka wyzdrowiała całkowicie. Nadszedł dzień, którego Marek najbardziej się obawiał, ale wiedział, że jest on konieczny. Musiał zwrócić Rudą naturze.
Wyszedł na tę samą polanę, na której ich znalazł. Towarzyszył mu Cień — teraz już silny, radosny pies o mądrych oczach. Marek otworzył transporter. Wiewiórka wybiegła, zatrzymała się na moment na pniu starego dębu i spojrzała na nich. Cień szczeknął krótko, jakby mówił „powodzenia”. Rudka zniknęła w koronie drzew.
Marek usiadł na trawie, a Cień położył mu głowę na kolanach. Leśniczy wyciągnął z kieszeni stary, poszarpany kawałek jutowego worka — jedyną pamiątkę z tamtego dnia.
— Wiesz, Cień… — zaczął Marek, gładząc psa po uszach. — Ludzie mówią, że to ja was uratowałem. Ale to nieprawda.
Głos mu zadrżał. Spojrzał na psa, który uratował swoje rodzeństwo i małe leśne stworzenie, ryzykując własne życie w lodowatą noc.
— To ty uratowałeś mnie — szepnął Marek, a łzy znów zaszkliły mu się w oczach. — Uratowałeś moją wiarę w to, że na tym świecie istnieje czysta, nieskażona miłość. Pokazałeś mi, że nawet gdy jest się małym i przerażonym, można być wielkim bohaterem.
Cień polizał go po ręce, a potem nagle poderwał się i zaczął biegać wokół Marka, szczekając radośnie. W tym szczeku nie było już strachu, nie było beznadziei. Było życie.
Marek wstał, schował kawałek worka do kieszeni i ruszył w stronę domu. Wiedział, że ten las nigdy nie będzie już taki sam. Bo teraz w każdym powiewie wiatru i w każdym promieniu słońca widział dowód na to, że nawet w najmroczniejszym zakątku świata, iskra dobra potrafi rozświetlić największy mrok.
A Cień, czarny strażnik z worka, biegł przodem, pilnując, by jego człowiek nigdy więcej nie czuł się samotny.