Hanna długo nic nie mówiła. Gładziła Marka

— Piotr? To Hanna.

Jej głos był inny. Nie radosny, nie podniecony — po prostu żywy.

— Była pani u lekarza — powiedziałem. To nie było pytanie.

— Tak. Naciskałam. Powiedziałam dokładnie to, co pan kazał. Że budzę się w nocy, że jest mi źle, że kot mnie dosłownie wygania z łóżka.

Zamilkła na chwilę.

— Wykryli bezdech senny. Dość poważny. I jeszcze kilka problemów z sercem… Lekarz powiedział wprost, że gdybym przyszła później, mogłoby się to źle skończyć.

Przymknąłem oczy na moment.

— Teraz mam aparat, maskę, leczenie. Pierwsze noce były koszmarne. Marek był kompletnie zdezorientowany — patrzył na mnie, na rurkę, na dźwięki. Ale nie budził mnie. Siedział obok. Tylko patrzył.

— A teraz? — zapytałem.

Zaśmiała się krótko, z ulgą.

— Teraz śpię. Całą noc. W łóżku. I wie pan, co jest najdziwniejsze?

— Co?

— Marek znowu śpi obok mnie. Nie na poduszce. Nie przy nogach. Z pyskiem blisko mojej twarzy. Jak kiedyś.

Zawahała się i dodała ciszej:

— A ja… nie mam już wrażenia, że mnie wypędza. Jakby po prostu czekał, aż będzie bezpiecznie.

Tydzień później przyszli jeszcze raz. Oficjalnie na coroczną kontrolę Marka. Nieoficjalnie — myślę, że Hanna chciała się upewnić, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.

Marek sam wskoczył na stół, rozejrzał się, rozpoznał mnie i usiadł spokojnie. Ten sam duży, szary kot, ale jakby lżejszy. Albo może to ja patrzyłem inaczej.

— Ani razu mnie już nie uderzył — powiedziała Hanna. — Ani jednej nocy.