Adrian tej nocy prawie nie spał. Słowa „po prostu go nie wysłuchałeś” krążyły w jego głowie jak echo, które nie chce ucichnąć. Przewracał się z boku na bok, patrząc w sufit,

Adrian jednak patrzył tylko na Lenę. — Patrz na mnie, nie na podłogę — powiedziała. Podniósł głowę. Stał. Drżąc. Chwiejąc się. Ale stał. Na trzeci dzień zrobił pierwszy krok.

Nie był to prawdziwy krok — raczej przesunięcie stopy. Ciało zachwiało się niebezpiecznie. Rehabilitant rzucił się, by go złapać. Adrian jednak się roześmiał. Prawdziwie. Głośno. Jak człowiek, który nagle zobaczył światło po długiej ciemności. — Widzisz?! — powiedział do Leny. — Wiedziałam — odpowiedziała spokojnie, choć w jej oczach błyszczały łzy.

Czwartego dnia zrobił dwa kroki. Piątego — przeszedł kilka metrów bez pomocy. Zmęczony. Spocony. Z sercem bijącym jak oszalałe. Ale na nogach. Wieczorem piątego dnia Lena przyszła jak zwykle.

Drzwi otworzyły się zanim zdążyła zapukać. Adrian stał w progu. Niepewnie. Jeszcze trochę sztywno. Ale sam. Lena zatrzymała się. — Ty…

— Wstałem — powiedział cicho. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. — To nie ja — powiedziała w końcu. — To ty zdecydowałeś. Adrian pokręcił głową. — Nie. Ty sprawiłaś, że zacząłem słuchać.

Zaprosił ją do środka. Na stole leżały dokumenty. — Przejrzałem wszystko — powiedział poważnie. — Twój ojciec miał rację. Mieszanka była wadliwa. A ja… zignorowałem to. Lena milczała. — W firmie rozpocznie się wewnętrzne śledztwo. Kontrakt z tamtym dostawcą zostanie rozwiązany. A osoby odpowiedzialne poniosą konsekwencje.

— Dlaczego? — zapytała cicho. — Bo nie chcę już więcej nie słuchać. Usiadła naprzeciwko niego. — Tata zawsze mówił, że największy błąd to nie pomyłka. Tylko obojętność. Adrian skinął głową. — Chcę też założyć fundację imienia Ryszarda Wójcika. Dla pracowników budowlanych. Dla ludzi, których głosu często się nie słyszy.

Lena patrzyła na niego długo. — Nie dla mnie? — Dla niego. I dla mnie. Wyciągnął kopertę. — To na twoją edukację. Stypendium. Nie jako zapłata. Jako odpowiedzialność. Wzięła kopertę, ale nie otworzyła jej od razu.

— Przyjmę. Ale tylko jeśli naprawdę będziesz słuchał innych. Uśmiechnął się lekko. — Obiecuję. Za oknem zapadał zmierzch. Światło w salonie było ciepłe. Adrian poczuł, że coś w nim zmieniło się na zawsze.

Nie tylko w nogach. W sercu. Po raz pierwszy od dwóch lat nie czuł się ofiarą. Czuł się człowiekiem, który upadł — i miał odwagę wstać.