Tego ranka wszystko wyglądało zwyczajnie. Razem z naszym pięcioletnim synem zawiozłam męża na lotnisko — miał wylot służbowy, krótka delegacja, nic nadzwyczajnego. Na pożegnanie uśmiechnął się, ucałował nas i zapewnił, że zadzwoni od razu po lądowaniu. Kiwnęłam głową, życząc mu spokojnej podróży, a potem wróciliśmy do samochodu, żeby ruszyć do domu.
Już miałam przekręcić kluczyk w stacyjce, gdy poczułam delikatne szarpnięcie za rękaw. Syn spojrzał na mnie z powagą, której nie spodziewałam się po tak małym dziecku.
„Mamo… musimy pilnować taty” — wyszeptał.
Zamarłam na sekundę, próbując zrozumieć, co właściwie usłyszałam. „Słoneczko, co ty mówisz?” — zapytałam ostrożnie, bardziej zdziwiona niż zaniepokojona.
Wtedy po raz pierwszy poczułam to dziwne ukłucie w brzuchu — takie, które pojawia się, kiedy intuicja próbuje coś dopowiedzieć, zanim rozum zdąży to nazwać.
W tej samej chwili zobaczyłam go przez szybę. Mój mąż… wyszedł z powrotem z budynku lotniska. Nie wyglądał na człowieka, który właśnie ma lecieć samolotem. Rozejrzał się szybko dookoła, jakby upewniał się, że nikt go nie obserwuje, po czym podszedł do postoju i wsiadł do taksówki.
Serce zaczęło mi bić szybciej. To nie miało sensu. Przecież dopiero co się pożegnaliśmy. Miał lecieć. Dlaczego więc odjeżdża z lotniska?
Nie wiem, czy kierowała mną ciekawość, instynkt, czy po prostu chęć uspokojenia własnych myśli. Wiem jedno: ruszyłam za nimi. Zachowałam dystans, starając się nie rzucać w oczy, a jednocześnie nie zgubić auta z żółtą tabliczką.