To nie był wybuch śmiechu ani otwarte szyderstwo. Raczej ten miękki, pobłażliwy chichot, którym ludzie czasem przykrywają przekonanie, że już mają przewagę. Linda Parker otarła usta lnianą serwetką i spojrzała po gościach tak, jakby właśnie rzuciła niewinną uwagę.
— Cóż — powiedziała lekko. — Rachel zawsze była bardziej „biurowa”. Taka sekretarka. Ktoś przecież musi ogarniać papierologię.
Naprzeciwko siedział jej syn, Alex, w galowym mundurze marynarki. Na piersi połyskiwał emblemat, który przyciągał światło żyrandola. Nie uśmiechnął się. Tylko zacisnął szczękę — ledwie zauważalnie. Ja to zauważyłam, bo dostrzeganie szczegółów przez lata stało się częścią mojego życia.
Mam na imię Rachel Miller. Jestem podpułkownikiem, mam czterdzieści lat i osiemnaście lat służby w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych. I nauczyłam się jednego: najbardziej ryzykowne chwile nie zawsze dzieją się „tam gdzie głośno”. Czasem rodzą się w eleganckich jadalniach, gdzie ludzie czują się na tyle bezpiecznie, by mówić wszystko.
W niektórych domach cisza bywa głośniejsza niż toast — a jedno zdanie potrafi zmienić cały nastrój przy stole.
Siedzieliśmy przy stole w podmiejskiej Wirginii, w domu pachnącym cytrynowym środkiem do mebli i pewnością siebie. Pieczeń była dopracowana, sztućce ułożone jak od linijki, a ta kolacja — zaplanowana na długo przedtem. Miała być świętowaniem powrotu Alexa z misji. Wszyscy wiedzieli, po co tu przyszli.
Wszyscy poza mną.
Linda nie odpuszczała. Odwróciła się w moją stronę, nadal z uprzejmym wyrazem twarzy, jakby pytała o pogodę.
— To ty nadal robisz administrację w bazie? — zagadnęła. — Segregatory, raporty, wpisywanie spotkań do kalendarza?
— Prowadzę operacje — odpowiedziałam spokojnie, unosząc kieliszek.