Starsza kobieta spędziła całe lato i jesień, wbijając ostre drewniane kołki w dach. Sąsiedzi byli przekonani, że postradała zmysły… aż w końcu nadeszła zima.

Sama wybierała każdy kawałek drewna, wybierając tylko suche, solidne kołki. Każdy z nich ostrzyła pod precyzyjnym kątem. Układała je powoli i metodycznie, upewniając się, że są solidnie zamocowane. Znała dach jak własną kieszeń – każdy słaby punkt, każde miejsce wymagające wzmocnienia.

W końcu ktoś zdobył się na odwagę i zapytał ją o to bezpośrednio.

„Dlaczego to robisz? Boisz się czegoś?”

Nie wyglądała na defensywną. Nie wyglądała na zdezorientowaną. Po prostu podniosła wzrok i spokojnie odpowiedziała:

„To jest moja ochrona.”

„Ochrona przed kim?” – zapytali.

„Z tego, co nadchodzi” – powiedziała.

Nie podała żadnych dalszych wyjaśnień.

Potem nadeszła zima i wszystko stało się jasne.

Najpierw spadł śnieg. Potem nadszedł wiatr. Gwałtowne, nieustanne podmuchy, które łamały drzewa i przetaczały się przez wioskę. Ludzie leżeli w nocy bezsennie, słuchając jęków dachów i zawalonych płotów. Rano po podwórkach walały się porozrzucane arkusze dachów.

Kiedy burza w końcu minęła, sąsiedzi wyszli ocenić szkody.

Wiele domów poważnie ucierpiało. Dachy były częściowo zniszczone. Brakowało desek.

Ale jej dom pozostał nietknięty.

Nie zniknęła ani jedna deska.

Drewniane pale przyjęły całą siłę wiatru, hamując jego siłę i kierując ją w górę. Podczas gdy burza niszczyła wszystko wokół, jej dach trzymał się mocno.

Prawda wyszła na jaw dopiero później.

Kobieta nie działała pod wpływem szaleństwa ani strachu. Poprzedniej zimy potężna wichura niemal zniszczyła jej dom. Jej mąż wtedy jeszcze żył. Opowiedział jej o starej technice obrony przed burzą, stosowanej kiedyś w okolicy – ​​o czymś, o czym ludzie dawno zapomnieli.

Przypomniała sobie jego słowa.

Postąpiła zgodnie z jego instrukcjami.

Dopiero wtedy mieszkańcy wsi zrozumieli: na tym dachu nigdy nie było niczego szalonego.