Pogrzeb mojego męża odbywał się w deszczu, a ja stałam przy grobie, obejmując nasze dzieci, kiedy mój telefon uparcie wibrował. Emma, dziesięcioletnia, mocno trzymała mnie za rękę, a siedmioletni Lucas wtulał się we mnie, ściskając pluszowego misia wygranego przez Davida na zeszłorocznym festynie. Dopiero w samochodzie sprawdziłam telefon. W rodzinnej grupie czekało siedemnaście wiadomości od moich rodziców i siostry. Chcieli, żebym „wracając z pogrzebu męża”, kupiła cztery pizze na ich wieczorne spotkanie z przyjaciółmi. Gdy nie odpowiedziałam, ich ton stał się coraz bardziej roszczeniowy.
Kiedy wróciłam do domu – bez pizzy – zastałam rodziców, moją siostrę i grupę obcych ludzi urządzających sobie w moim salonie imprezę. Matka, widząc mnie w drzwiach, od razu zażądała jedzenia. Gdy spokojnie powiedziałam, że niczego nie przyniosłam, spoliczkowała mnie. Ojciec złapał mnie za ramię i wcisnął w ścianę, wykrzykując, że „nie potrafię zrobić jednej rzeczy”. Moja siostra, śmiejąc się, przewróciła kwiaty z pogrzebu Davida. W tamtej chwili w mojej głowie coś pękło. Cicho, ale stanowczo powiedziałam: „Wyjdźcie”.
Najpierw mnie zignorowali, więc wyjęłam telefon i zaczęłam odliczać, mówiąc, że zadzwonię na policję i zgłoszę napaść oraz wtargnięcie. Dopiero wtedy zrozumieli, że nie żartuję. Goście uciekli pierwszy, a rodzice i moja siostra wyszli, nie szczędząc mi obelg. Zamknęłam drzwi i poszłam po dzieci. Bały się, słyszały krzyki, ale kiedy powiedziałam im, że „dziadkowie na razie nie będą nas odwiedzać”, wyraźnie odetchnęły.
Następnego dnia zadzwoniłam do naszej adwokat Patricii. Po obejrzeniu zdjęć siniaków i zniszczeń poradziła mi natychmiast założyć sprawę o zakaz zbliżania. Sąd wydał tymczasowy zakaz w 48 godzin. Zmieniłam zamki, założyłam monitoring, a pieniądze z polisy na życie Davida przeniosłam na osobne konto.