Anna urodziła na początku wiosny. Mały Maksymilian, czerwony, z silnymi pięściami. Leżała w sali i spoglądała na niego — na to stworzenie, które ledwie nie straciło dachu nad głową.
Dmitrij przyjechał do szpitala. Stał przy wejściu z torbą dziecięcych rzeczy. Anna dostrzegła go przez okno — nachylony, postarzały, kurtka wisiała na nim jak worek. Nie zeszła.
Teraz przyjeżdża w soboty. Stoi przy furtce, czeka. Przekazuje torbę z jedzeniem, prosi o trzymanie syna. Anna pozwala — na pięć minut. Ostrożnie bierze Maksymiliana na ręce i patrzy, jakby chciał coś powiedzieć. Ale milczy.
Ona nie wpuszcza go dalej niż do furtki. Drzwi są zamknięte — jej ręką. Klucze są przy niej.
Pewnego dnia poprosił:
„Mogę chociaż z nim pobawić się w ogrodzie? Pół godziny.”
Anna patrzyła na niego długo, a potem pokiwała głową:
„Nie. Nie teraz. Może kiedyś, kiedy zrozumiem, że naprawdę się zmieniłeś. Na razie — pięć minut. I to już dużo.”
Skinął, pochylony odszedł w stronę auta. Anna patrzyła za nim i czuła nie złość, nie żal — tylko pustkę.
Maksymilian zacharczał w wózku. Anna poprawiła kocyk. W domu paliło się światło — jej domu. Odepchnęła furtkę i weszła do środka, nie oglądając się za siebie.