Kontynuacja historii
Zapadła cisza. — Tak… dokumenty domu są na nas oboje, ale wkład własny wpłaciłam ja. To jest udokumentowane. Łukasz zacisnął pięść. Wkład własny? Pamiętał, jak podpisywali papiery. Jak śmiali się w biurze pośrednika. Jak trzymali się za ręce.
— I jeszcze konta otwarte przed ślubem — kontynuowała. — Są na moje nazwisko. Westchnęła. — Tak, przyniosę wszystkie wyciągi. Rozmowa się skończyła. Łukasz cofnął się tak cicho, jakby ściany mogły go zdradzić.
Wieczorem siedział przy tym samym kuchennym stole co miesiąc wcześniej. Tyle że teraz nie szukał wydatków. Szukał przeszłości. Zanurkował w archiwa — stare maile, dokumenty, skany umów. I znalazł.
Konto Moniki, otwarte dwa lata przed ślubem. Oszczędności. Niemałe. Regularne przelewy. Fundusz, o którym nie miał pojęcia.
Poczuł, jak wyschło mu w ustach. Skąd? Przypomniał sobie, jak dorabiała nocami jeszcze wtedy. Jak mówiła, że odkłada „na bezpieczeństwo”. Jak nalegała na intercyzę — prostą, standardową, jak mu się wówczas wydawało. Teraz otworzył ją po raz pierwszy od lat. Czytał powoli.
I coraz wyraźniej rozumiał, że przy oddzielnych finansach i ponownym podziale aktywów… Niektóre rzeczy wcale nie okażą się tak „wspólne”, jak sądził. — Czegoś szukasz? — zapytała Monika, stając w drzwiach. Podskoczył. — Sprawdzam coś na kontach — odpowiedział zbyt szybko.
Spojrzała na ekran. — Na swoich? — Na naszych. Nic nie powiedziała. Tylko skinęła głową.
Ale w jej spojrzeniu pojawiło się coś nowego. Spokojna pewność. Dwa dni później nie wytrzymał. — Byłaś u notariusza? — zapytał wieczorem, gdy jedli każdy swoje jedzenie po przeciwnych końcach stołu. Odłożyła widelec.
— Tak. — Po co? — Sam powiedziałeś, że prowadzimy oddzielne finanse — odpowiedziała spokojnie. — Ja tylko robię to oficjalnie. — Oficjalnie co? Spojrzała mu prosto w oczy.
— Moje aktywa. Przełknął ślinę. — Jakie jeszcze aktywa, Monika? Wypuściła powoli powietrze. — Te, które odkładałam przed ślubem. Te, które włożyłam w dom. Te, którymi pomagałam twojej rodzinie.
Znów zapadła cisza. — Nigdy nie mówiłeś, że to problem — dodała. — Dopóki nie uznałeś, że „wydaję jak królowa”. — Nie to miałem na myśli… — Właśnie to powiedziałeś. Wstała.
— I wiesz co? — dodała cicho. — Policzyłam. Bardzo dokładnie. — Co policzyłaś? Odwróciła się w drzwiach. — Ile lat łatałam cudze dziury. I ile z „naszych” pieniędzy było moich. Po plecach przebiegł mu lodowaty dreszcz.
— Chcesz powiedzieć, że… — Chcę powiedzieć — przerwała mu — że skoro teraz każdy odpowiada za swoje, ja po prostu przestaję płacić za to, co nie jest moje. Wyszła do sypialni. A Łukasz został przy stole, patrząc na stygnący posiłek.
I po raz pierwszy zrozumiał, że sam otworzył drzwi, których nie potrafi już zamknąć. Bo oddzielne finanse nie okazały się karą dla niej. Stały się bronią. I to on ją stworzył.