Notariusz. To słowo dźwięczało mu w głowie. Nie księgowy. Nie doradca bankowy. Notariusz. Nasłuchiwał, lecz Monika już zakończyła rozmowę. Rozległo się ciche kliknięcie — odłożyła telefon na stół.
Łukasz zmusił się, by zrobić krok do przodu, potem następny, udając, że nic się nie stało. W sypialni usiadł na skraju łóżka, zdjął zegarek i położył go na stoliku nocnym, lecz wzrok raz po raz wracał ku drzwiom. Po kilku minutach Monika przeszła obok, nawet na niego nie patrząc. W powietrzu został zapach mydła i szpitalnego środka dezynfekującego. — Nie idziesz spać? — zapytał możliwie spokojnie. — Zaraz — odpowiedziała krótko. Nie wyglądała na zdenerwowaną.
I to przerażało go bardziej, niż gdyby krzyczała. Kolejne tygodnie zamieniły się w chłodną, wyrachowaną matematykę. Otworzyli osobne konta. Przestali kupować jedzenie razem — w lodówce pojawiły się dwie półki, niemal jak w akademiku. On zapisywał w aplikacji każdą wydaną kwotę. Ona płaciła swoje rachunki w milczeniu, bez komentarzy. Zniknęły wspólne śniadania.
Zniknęły rozmowy wieczorami. Dom stał się zbyt duży dla dwojga ludzi, którzy omijali się jak obcy. Łukasz łapał się na tym, że coraz częściej sprawdza aplikację bankową Moniki — tylko po to, by upewnić się, że rzeczywiście trzyma się ustaleń. Trzymała się. Co więcej — jej wydatki zmalały.
Znacznie. Żadnych dekoracji do domu. Żadnych „różnych” zakupów. Żadnych nagłych obciążeń. A jednak coś się nie zgadzało. Zaczęła wracać później. Czasem wychodziła wcześniej, mówiąc, że ma „sprawy w centrum”. Kilka razy wzięła wolne w środku tygodnia — co wcześniej zdarzało się rzadko.
Nie pytał. Nie pozwalała mu na to duma. Ale niepokój rósł. Tego dnia wrócił wcześniej — klient odwołał spotkanie i biuro niespodziewanie opustoszało. Gdy wszedł do domu, było cicho.
Zbyt cicho. Zdjął kurtkę, rzucił klucze do miseczki przy wejściu i już miał iść do kuchni, kiedy usłyszał głos z gabinetu. Monika. Drzwi były uchylone. — …tak, rozumiem — mówiła cicho. — Potrzebuję, żeby wszystko było sporządzone poprawnie. Bez pośpiechu, ale tak, by potem nikt niczego nie mógł podważyć.