Helena zrobiła krok w bok, ale jej spojrzenie wciąż wracało do Klary Morawskiej. Znała ten wzrok. Znała go aż za dobrze. Taki sam miała Zofia w pierwszych latach — kiedy świat wokół mówił, śmiał się, żył, a ty pozostawałeś po drugiej stronie niewidzialnej ściany. Obecna fizycznie, a jednak całkowicie pomijana. Helena postawiła kieliszki na stole, lecz nie odeszła od razu. Zgodnie z zasadami powinna się wycofać, zniknąć jak cień. Zamiast tego lekko się pochyliła — tylko na tyle, by Klara mogła dobrze widzieć jej twarz.
I bardzo ostrożnie, niemal niezauważalnie dla reszty sali, Helena uniosła dłonie. Ruch był spokojny. Precyzyjny. Pewny. „Dobry wieczór. Nazywam się Helena. Miło panią poznać.” Klara drgnęła. Palce, które spoczywały na obrusie, zadrżały. Jej zielone oczy gwałtownie uniosły się — i spotkały wzrok Heleny.
Minęła sekunda. Potem druga. I nagle twarz starszej kobiety zmieniła się nie do poznania. Samotność zniknęła, jakby ktoś ją z niej zdjął. Zastąpiło ją zdumienie, a zaraz potem ulga — tak głęboka, że niemal bolała. Klara powoli uniosła dłonie.
„Pani… zna język migowy?” Helena skinęła głową i uśmiechnęła się — nie służbowo, nie mechanicznie, lecz szczerze. „Moja siostra jest głucha. To mój pierwszy język.” Klara wypuściła powietrze. Ten cichy wydech niósł w sobie ciężar wielu lat ciszy, lat niewypowiedzianych myśli i przemilczanych uczuć. Helenie ścisnęło się gardło. — Co się dzieje? — Julian zmarszczył brwi, przenosząc wzrok z matki na kelnerkę.
Klara odwróciła się do syna i zaczęła migać — wolno, wyraźnie, z naciskiem: „Ona ze mną rozmawia. W końcu ktoś ze mną rozmawia.” Julian zamarł. — Ty… ty ją rozumiesz? — zapytał Helenę, już bez chłodnego dystansu, z wyraźnym zaskoczeniem w głosie. — Tak, proszę pana. Pańska mama jest głucha. I chciałaby sama wybrać wino.