Mały chłopiec się potknął, a ona mocno szarpnęła jego ramię, prostując go bez słowa.
Mój partner K-9, Shadow, zastygnął w miejscu na JFK. Wpatrywał się w m
Ręka dziewczynki znowu przyciśnięta do niebieskiego płaszcza. Sygnał powtórzył się.
Kciuk w środku, palce na zewnątrz. Tym razem szybciej. Bardziej desperacko.
Warknięcie Shadowa było teraz słyszalne. Ludzie spoglądali na niego, potem na mnie, a potem szybko odwracali wzrok. Nikt nie chce kłopotów na lotnisku.
Dotarliśmy do kolejki bezpieczeństwa. Kobieta wyciągnęła dokumenty, wachlując nimi przed agentem.
Uśmiech powrócił, ale to były same zęby. To był pokaz.
„Dzień dobry!” głos przesłodki, głośny. Za głośny. „Długi dzień! Po prostu chcemy zabrać te dwójkę do domu.”
Agent TSA zmęczonym skinieniem głowy przyjął dokumenty.
Shadow zrobił krok naprzód, ustawiając się między kobietą a jedynym wyjściem.
Agent zmarszczył brwi nad paszportami. „Te dokumenty…”
Uśmiech kobiety zbladł. „Jest jakiś problem? Spóźnimy się na samolot.”
Dziewczynka drżała, cicho. Spojrzała na mnie ponownie, oczy krzyczały.
I wtedy, tak cicho, że prawie tego nie usłyszałem, jej usta wypowiedziały dwa słowa.
Pomocy. Wtedy Shadow wybuchł.
To nie był warkot. To był pełny, donośny szczek rozkazowy.
Dźwięk odbił się od wysokiego sufitu, ostry i nagły, przebił się przez ryk terminalu jak wystrzał.
Wszyscy zastygnęli. Cała kolejka bezpieczeństwa. Agenci. Wszyscy.
Kobieta odwróciła się gwałtownie, twarz skrzywiona w maskę oburzenia. „Kontroluj swoje zwierzę! Co z tobą nie tak?”
Mały chłopiec wybuchnął płaczem, chowając twarz w misiu.
Kobieta chwyciła rękę dziewczynki. „Sarah, powiedz oficerowi, że wszystko w porządku!”
Dziewczynka, „Sarah”, po prostu skurczyła się, łzy napłynęły jej do oczu.
Kroczyłem naprzód, stając bezpośrednio na drodze kobiety. Odznaka ciężko leżała mi na piersi.
„Proszę pani,” powiedziałem, głos bez miejsca na sprzeciw. „Jestem oficerem Kellerem.
Potrzebuję, by pani i dzieci wyszli z kolejki ze mną. Teraz.”
Jej twarz zbielała, a potem czerwieniejąca z wściekłości. „Nie zrobię tego! To nękanie! To są moje dzieci! Musimy zdążyć na lot!”
Próbowała mnie przepchnąć.
Shadow szczeknął ponownie, tym razem pokazując zęby. Nie ruszył się, ale przesłanie było jasne: Nie przejdziesz.
Tłum teraz otaczał nas kręgiem telefonów, szmerów, nagrywania.
„Proszę pani. Odsuń się. Teraz.” Położyłem dłoń na radiu.
„Nie masz prawa!” wrzasnęła.
Spojrzałem na dziewczynkę, która teraz otwarcie płakała, ale oczy miała skierowane na mnie. To był wzrok czystej, bolesnej nadziei.
Włączyłem radio. „Dyspozytornia, tu Keller przy kontroli Terminalu 4.
Mam potencjalną… sytuację. Potrzebny jest backup i prywatne pomieszczenie. Natychmiast.”
Na miejsce napłynęła ochrona. Dwóch kolejnych funkcjonariuszy. Nadzorca.
Walka kobiety stopniowo gasła. Występ się skończył. Gdy inni funkcjonariusze obeszli ją z boków, nie stawiała oporu. Po prostu… opadła z sił.
Maska zniknęła. Pod nią kryło się coś zimnego i pustego.
—Tutaj, proszę pani — powiedział przełożony.
Pochyliłem się nad małą dziewczynką. —Hej — powiedziałem cicho. —Nazywam się Ryan. To jest Shadow.
Będzie dobrze. Idziemy tylko do spokojnego pokoju, dobrze?
Nie skinęła głową. Po prostu wpatrywała się w Shadowa.
Gdy oddalaliśmy się od wścibskich oczu, w kierunku sterylnego, białego korytarza prowadzącego do sal przesłuchań, mały chłopiec, Leo, w końcu odezwał się.
Jego głos był ledwo słyszalnym szeptem, złamanym przez łzy.
—Chcę moją mamę.
Kobieta w niebieskim płaszczu wzdrygnęła się, zaciskając oczy.
A dziewczynka, „Sarah”, spojrzała na nią prosto i powiedziała, drżącym, lecz pewnym głosem: —To nie jest nasza mama.
Część 2
Cisza w pokoju przesłuchań była innego rodzaju głośna.
Była ciężka, dusząca, pełna buczenia świetlówek nad głową.
Natychmiast ich rozdzieliliśmy. Taki jest protokół.
Kobieta — według fałszywego paszportu nazywała się „Jennifer Smith” — została zabrana do Pokoju Przesłuchań 1.
Dzieci zabrałem do pokoju rodzinnego w końcu korytarza.
To mały, miękki pokój w bladym żółtym kolorze, z kilkoma znoszonymi zabawkami w pudełku. To najsmutniejszy pokój na lotnisku.
Shadow poszedł z nami. W momencie, gdy zamknęły się drzwi, wydawało się, że zrzuca swoją „policyjną” maskę.
Położył się, położył głowę na łapach i po prostu… obserwował.
Wprowadziłem Sarah Daniels, specjalistkę ds. opieki nad dziećmi na naszej stacji. Ma spokój babci i oczy detektywa.
Usiadłem na podłodze razem z nimi. —Jesteście teraz bezpieczni — powiedziałem. —Nikt wam nie zrobi krzywdy.
Mały chłopiec, ten z misiem, płakał cicho. Dziewczynka — ta, którą kobieta nazywała Sarah — siedziała prosto jak struna, wpatrując się w ścianę.
—Jak masz na imię? — zapytała Sarah Daniels łagodnym głosem.
Dziewczynka zawahała się. —Mia — wyszeptała. —Nazywam się Mia. A to mój brat, Leo.
—Mia — powiedziałem. —Piękne imię. Możesz nam powiedzieć, co się stało? Kim była ta kobieta?
Dolna warga Mii drżała. Spojrzała na mnie, potem na Sarah, potem na Shadowa.
Zsunęła się z krzesła i przepełzła do mojego partnera, buryjąc twarz w jego gęstym futrze.
Shadow się nie poruszył, tylko cicho westchnął, jakby chciał powiedzieć: „Jestem tutaj”.
—Ona… powiedziała, żebyśmy nie mówili — wyszeptała Mia w jego futro. —Mówiła, że skrzywdzi mamę i tatę, jeśli będziemy mówić.
Ścisk w żołądku uderzył mnie mocno. —Mia… gdzie są twoi rodzice?
—Nie wiem — płakała, woda w końcu przerwała tamę. —Byliśmy w parku.
Parku z dużą, czerwoną zjeżdżalnią. Mężczyzna… zapytał, czy chcemy zobaczyć szczeniaka.
A potem… potem nas porwał. Włożył nas do vana. Było ciemno.
Leo zaczął płakać jeszcze mocniej. —Chcę mamę! Chcę do domu!
Mia przepełzła i przytuliła go. —W porządku, Leo. Pies nas znalazł. Policjant jest tutaj.
Spojrzała na mnie z powrotem, jej mała twarz nagle nabrała zdecydowania.
—Ta kobieta… „Jennifer”… spotkała nas w domu. Dała nam nowe ubrania.
Powiedziała, że teraz nazywamy się Sarah i Timmy. Mówiła, że lecimy do „New-ver… New-ver-land” samolotem.
—Neverland? — zapytała Sarah Daniels.
—Chyba tak — powiedziała Mia. —Ćwiczyła z nami: „Jak masz na imię?” „Sarah.” „Dokąd idziesz?” „Neverland.”… Ugryzła mnie, gdy powiedziałam „Mia”.
Podciągnęła rękaw koszulki.
Na jej małym ramieniu były trzy ciemne, gniewne siniaki w kształcie kciuka i dwóch palców.
Wstałem. Musiałem wyjść z pokoju. Skinąłem Sarah, która już wyciągała sok w kartoniku i krakersy Goldfish.
—Zaraz wracam — powiedziałem, głos mi się łamał.
Poszedłem do pokoju obserwacyjnego Pokoju 1. Mój partner, detektyw Chen, był tam z „Jennifer”.
Siorpała wodę z butelki, wyglądając na znudzoną.
—Moja siostra będzie wściekła — mówiła Jennifer. —Czeka na nas w Orlando. To proste nieporozumienie. Dzieciaki są marudne. Wiesz, jak to bywa.
Wcisnąłem interkom. —Chen. Sprawdź paszport.
—Już to zrobiłem — odpowiedział Chen, nie podnosząc wzroku. —To wysokiej jakości fałszywka. Ale numer ID należy do 68-letniego mężczyzny w Wisconsin.
Uśmiech Jennifer zniknął.
Wszedłem do pokoju. Położyłem na stole zdjęcia siniaków Mii.
—Skąd ona je ma? — zapytałem cicho. Niebezpiecznie cicho.
Jennifer spojrzała na zdjęcia, a potem na mnie, jej oczy były bez wyrazu. —Dzieciaki upadają. Bawią się.
—Ona ma na imię Mia — powiedziałem. —On na imię Leo. Zostali zabrani z parku w Columbus w Ohio trzy dni temu.
Nie zdążyłem nawet sprawdzić raportu. To był strzał w ciemno, oparty na geografii tras handlu ludźmi.
Ale nie potrzebowałem raportu. Wyraz jej twarzy powiedział wszystko.
Kolor zniknął z jej policzków. Znudzenie zniknęło, zastąpione czystą, zimną paniką. Nie odezwała się słowem.
—Kim jesteś? — zażądałem. —Dla kogo pracujesz?
Patrzyła w stół. —Chcę prawnika.
—Dobrze — wyrwałem. —Dostaniesz go. Ale nie lecisz do Orlando. Nigdzie nie pojedziesz.
Zostawiłem Chena, aby ją przetworzył, i wróciłem do pokoju komunikacyjnego.
—Daj mi wszystko, co mamy o zaginionych dzieciach. Ostatnie 72 godziny. Ohio. Mia i Leo.
Następna godzina była jak zamazana.
Raport trafił na moje biurko dziesięć minut później. Mia i Leo Thompson.
Porwani z parku Donaldson w Columbus. Rodzice w panice, aktywny był stanowy alert AMBER.