Część 1
Hałas na JFK jest jak żywa istota. To stały, przytłumiony ryk toczącego się bagażu, ostatnich wezwań do wejścia na pokład i tysiąca rozmów prowadzonych jednocześnie.

Czujesz zapach paliwa lotniczego, stęchłej kawy i słodkiego, sztucznego aromatu Cinnabon – i po prostu… przyzwyczajasz się do tego.
To był po prostu kolejny wtorek. Kolejna szesnastogodzinna zmiana w labiryncie ludzi w Terminalu 4.
A obok mnie, oddychając w rytm moich kroków, był Shadow.
Shadow to nie tylko pies policyjny. To owczarek niemiecki z oczami, które widzą rzeczy, których ja nie mogę, i nosem, który wyczuwa chemiczne oznaki oszustwa.
To mój partner. Ratował mi skórę więcej razy, niż potrafię policzyć, i nauczyłem się jednej rzeczy ponad wszystko: bardziej ufam jego instynktom niż własnym oczom.
Przemierzaliśmy główny hol, rzeka ludzi zmierzająca do kontroli bezpieczeństwa.
Biznesmeni przyklejeni do telefonów, rodziny zmagające się z paszportami, dzieci marudzące i ciągnące rodziców za rękawy. Rutyna.
Aż nagle przestało nią być. Shadow zatrzymał się.
To nie było stopniowe zwalnianie. To było, jakby uderzył w niewidzialną ścianę. Całe jego ciało zesztywniało.