CZĘŚĆ 1: UPUBLICZNIENIE To zaczęło się we wtorek. Wtorkowe poranki w Oak Creek Middle School zawsze pachniały przemysłowym woskiem do podłóg, czerstwą pizzą z szkolnej stołówki i desperacją.
— Oczyszczamy budynek. Ewakuacja w drodze — ogłosiła, głosem pewnym i spokojnym.
Potem spojrzała bezpośrednio na Jasona, pamiętając imię, o którym płakałam poprzedniego wieczoru.
— Musisz być panem Millerem — powiedziała chłodno.
Jason skinął głową, nie mogąc wydobyć słowa.
— Moja córka mówiła mi, że masz mocne opinie na temat demografii w Naval Special Warfare — powiedziała, poprawiając rękawice.
— Kiedy wyjdziemy na zewnątrz, możesz spróbować podnieść plecak. Waży osiemdziesiąt funtów. Zobaczymy, czy dasz radę.
Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się do mnie, puszczając oko. — Przygotuj się, Em. Wyprowadzamy cię.
Wyjście ze szkoły było zamazane w mojej pamięci. Byłam osłonięta przez sześć najgroźniejszych ludzi na planecie.
Kiedy wyszliśmy na parking, wszędzie były radiowozy i ambulanse, ale zagrożenie zostało zneutralizowane (okazało się, że to był fałszywy alarm, ale reakcja była bardzo realna).
Rodzice pędzili do policyjnych linii. Migotały kamery.
Ale nikt nie patrzył na kamery.
Wszyscy patrzyli na oddział operatorów w czerni, wyprowadzających trzynastoletnią dziewczynkę z budynku.
Jason szedł za nami, blady jak duch.
Kiedy dotarliśmy do strefy bezpieczeństwa, spojrzał na mnie, potem na moją mamę, a potem w ziemię.
— Przepraszam — mamrotał.
Mama spojrzała na niego, potem na mnie. Położyła rękę na moim ramieniu.
— Przeprosiny odnotowane. Ale pamiętaj, dziecko… to cisi są tymi, o których trzeba się martwić.
Wsiedliśmy do jej ciężarówki. Nawet nie zmieniła ubrania przed jazdą do domu.
Następnego dnia w szkole nikt się nie śmiał. Nikt nie robił żartów. Kiedy weszłam do stołówki, morze uczniów się rozstąpiło.
Usiadłam przy swoim stoliku i po raz pierwszy w życiu nie czułam się mała.
Wyjęłam monetę wyzwania z kieszeni i położyłam ją na stole. Łapała światło, błyszcząc.
— Więc… — zapytała Sarah Jenkins, siadając nerwowo naprzeciw mnie. — Twoja mama… naprawdę potrafi latać helikopterem?
Uśmiechnęłam się, gryząc jabłko. — Spytaj jej samej. Dziś mnie odbiera.