Piotr stał w deszczu, nie czując zimna. Krople spływały po drogim płaszczu, ale on się nie poruszał — tylko patrzył na chłopca, jakby bał się, że ten rozpłynie się wraz z mgłą między samochodami i mokrymi witrynami. — Gdzie… gdzie mieszkasz? — zapytał w końcu, starając się, by jego głos zabrzmiał spokojnie. Kacper spuścił wzrok. — Gdzie się da. Czasem pod mostem. Czasem w opuszczonym domu przy targu. Piotra ścisnęło w piersi.
— A kto się tobą opiekował, kiedy byłeś mniejszy? — Mama — odpowiedział bez wahania. — Tylko ona. Często się przeprowadzaliśmy. Mówiła, że tak jest bezpieczniej. — Bezpieczniej przed czym? Kacper wzruszył ramionami. — Nie wiem. Po prostu… się bała.
Piotr powoli przeczesał mokre włosy. — Chodźmy gdzieś do środka. Jest zimno. — Nie wsiadam do obcych samochodów — odparł chłopiec ostrożnie. — Słusznie — skinął Piotr. — Do piekarni. Tam jest ciepło. Chłopiec zerknął jeszcze raz na zdjęcie w witrynie.
— Pan… znał ją? Piotr zawahał się ułamek sekundy. — Byłem jej mężem. Kacper znieruchomiał. — Naprawdę?