Mój głos nigdy się nie podniósł. Nie było takiej potrzeby.
Poinformowałam go spokojnie i jasno, że każda dalsza ingerencja spowoduje wszczęcie postępowania rozwodowego i batalię o opiekę nad dzieckiem, którą przegra. Przypomniałam mu również, że utrudnianie wymiaru sprawiedliwości niesie ze sobą konsekwencje – zarówno zawodowe, jak i osobiste.
Po raz pierwszy ujrzał we mnie nie swoją cichą, uległą żonę… ale kobietę, która bez wahania wydaje wyroki na brutalnych przestępców.
Sześć miesięcy później stałam w swoim gabinecie federalnym, poprawiając togę.
Na moim biurku leżało oprawione zdjęcie Noaha i Nory – zdrowych, uśmiechniętych, bezpiecznych.
Mój asystent poinformował mnie, że Margaret Whitmore została skazana za napaść, usiłowanie porwania i składanie fałszywych zeznań. Skazano ją na siedem lat więzienia federalnego. Andrew zrzekł się licencji prawniczej i przyznano mu nadzorowane odwiedziny.
Nie czułam triumfu.
Tylko zamknięcie sprawy.
Mylili ciszę ze słabością. Prostotę z niekompetencją. Prywatność z brakiem władzy.
Margaret wierzyła, że może odebrać mi dziecko, ponieważ myślała, że nie mam władzy.
Zapomniała o jednej podstawowej prawdzie.
Prawdziwa władza nie ujawnia się sama.
Ona się porusza.
Podniosłem młotek i delikatnie go opuściłem.
„Rozprawa zamknięta”.
I tym razem rzeczywiście tak było.