Dzień ślubu jednak nadchodzi. Wszystko jest idealne: miejsce, suknia, atmosfera, promienie gości. Sceneria godna najpiękniejszych marzeń. A jednak coś jest nie tak. Idąc ramię w ramię z ojcem, serce bije jej za szybko, a kroki wydają się cięższe niż powinny.
Ten niejasny, niewytłumaczalny niepokój narasta w miarę postępu marszu. Jak cichy wewnętrzny głos szepczący, że ta ścieżka może nie być tą właściwą.
Szczegół, który zmienia wszystko.
W połowie drogi następuje objawienie: nawa nie prowadzi bezpośrednio do ołtarza. Skręca łagodnie, niemal nieśmiało, w stronę bocznych drzwi skąpanych w świetle. Bez wyraźnego końca, bez oczekiwanej uroczystej chwili. Po prostu otwór, dyskretny, ale świetlisty.