Wchodzenie z najlepszymi intencjami
Samo wydarzenie było dość standardowe: wieczorne przyjęcie z okazji ważnego wydarzenia w firmie. Ładne miejsce, delikatne oświetlenie, wysokie stoły rozstawione po całej sali i bar, który wyglądał o wiele bardziej zachęcająco niż grupka dyrektorów zgromadzonych przy wejściu.
Pamiętam, jak stałam przed lustrem przed wyjściem, poprawiałam strój i wygłaszałam do siebie krótką przemowę motywacyjną.
„Bądź sobą” – powiedziałem do odbicia.
Ale nie za bardzo sobą.
Oczywiście chciałam dobrze reprezentować mojego męża, ale nie chciałam też zniknąć w tle jako „tylko jego żona”. To dziwna równowaga — wspierająca, ale nie milcząca, przyjazna, ale nie przesadnie spoufalająca się.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, mój mąż od razu wdał się w rozmowę ze współpracownikami, a ja zrobiłam to, co zawsze robię: wzięłam głęboki oddech, przykleiłam na twarzy przyjazny uśmiech i zaczęłam poznawać nowych ludzi.
Na razie w porządku.
Rozmowa, która przybrała inny obrót
Niezręczna chwila nie nadeszła dramatycznie. Żadnego rozlanego wina. Żadnego wypadku z mikrofonem. Nadeszła cicho, pod przykrywką zupełnie normalnej rozmowy.
Rozmawiałam z małą grupą – dwojgiem kolegów mojego męża i jednym z ich partnerów. Rozmawialiśmy o równowadze między życiem zawodowym a prywatnym, temacie, który zawsze wydaje się bezpieczny i neutralny. Ludzie kiwali głowami ze zrozumieniem, gdy dzieliliśmy się drobnymi narzekaniami na napięty grafik i wyzwanie, jakim jest oderwanie się od pracy po godzinach.
Wtedy ktoś zwrócił się do mnie i zapytał swobodnie:
„Więc czym się zajmujesz ?”
Proste pytanie. Niewinne. A jednak, jakimś sposobem, najbardziej kontrowersyjne pytanie w każdej sytuacji społecznej.
Zacząłem odpowiadać szczerze. Mówiłem o swojej pracy, zainteresowaniach, o tym, że moja ścieżka kariery nie była liniowa. Wspominałem o łączeniu wielu ról i pasji, z których niektóre nie do końca pasowały do stanowiska.
Wtedy to zauważyłem.
Subtelna zmiana.
Jedna osoba uśmiechnęła się odrobinę zbyt sztywno. Inna skinęła głową, ale przestała nawiązywać kontakt wzrokowy. Ktoś rzucił mimochodem uwagę, która zabrzmiała gdzieś pomiędzy żartem a lekceważeniem.
„Cóż, to musi być… interesujące” – powiedzieli tonem sugerującym, że „interesujące ” nie jest dokładnie tym słowem, o którym mówili.
I tak po prostu powietrze się zmieniło.
Ta ułamkowa sekunda paniki
Jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś niezręczności w kontaktach towarzyskich, znasz dokładnie to uczucie, które zaraz opiszę. To ten wewnętrzny wstrząs, kiedy mózg nagle odtwarza w pętli ostatnie trzydzieści sekund.
Czy powiedziałem za dużo?
Czy zrobiłem to dziwnie?
Czy powinienem był po prostu powiedzieć: „Och, pracuję w marketingu” i na tym poprzestać?
Mój instynkt podpowiadał mi, żeby się skurczyć. Obrócić to w żart, zmienić temat albo mentalnie się wyłączyć, aż rozmowa się skończy. Czułem, jak gorąco podchodzi mi do karku, znajomą potrzebę przeprosin za to, że jestem trochę za głośny.
Przez chwilę rozważałem zrobienie właśnie tego.
Ale potem wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
Wybór niezniknięcia
Zamiast się wycofać lub umniejszać, zatrzymałem się.
Przypomniałem sobie o czymś, nad czym pracowałem przez lata: nie jestem odpowiedzialny za naprawienie dyskomfortu każdej osoby.
To uświadomienie nie zniwelowało magicznie niezręczności, ale dało mi wystarczająco dużo spokoju, by odpowiedzieć. Wyjaśniłem, co miałem na myśli, nie defensywnie, ale z pewnością siebie. Uśmiechnąłem się – nie nerwowo, przepraszająco, ale szczerze.
„Tak, to ciekawe” – powiedziałem. „Zajęło mi trochę czasu, zanim przyzwyczaiłem się do kariery, która nie mieści się w sztywnych ramach, ale to mi odpowiada”.
Zapadła krótka cisza.
I wtedy coś znowu się zmieniło.
Jeden z partnerów pochylił się i powiedział: „Szczerze mówiąc, brzmi to dość wyzwalająco”.
Inna osoba zadała kolejne pytanie – tym razem z prawdziwą ciekawością.
Rozmowa znów nabrała tempa i poszliśmy dalej.
Niezręczna chwila minęła.
Następstwa (znane również jako „Przemyślenia w drodze do domu”)
Chociaż sytuacja sama się rozwiązała, i tak odtwarzałem ją sobie później w pamięci. Bo tak właśnie robimy, prawda? Analizujemy każde słowo, każdy wyraz twarzy, każdą możliwą alternatywną wersję siebie, jaką mogliśmy przedstawić.
W drodze do domu zadałam mężowi pytanie, na które już znałam odpowiedź.
„Czy to było dziwne?”
Wyglądał na szczerze zdezorientowanego.
„Nie” – powiedział. „Dlaczego miałoby tak być?”
I wtedy mnie olśniło: cała ta niezręczność istniała niemal wyłącznie w mojej głowie.
To, co dla mnie było czymś ogromnym, dla innych było zaledwie drobnostką.
Dlaczego wydarzenia pracownicze są tak niebezpieczne
Małżonkowie na spotkaniach firmowych zajmują dziwną przestrzeń społeczną. Jesteśmy obok siebie, ale nie do końca w sobie. Chcemy przynależeć, ale zdajemy sobie również sprawę, że jesteśmy gośćmi w czyimś zawodowym świecie.
Dzięki temu połączeniu jesteśmy wyjątkowo świadomi tego, jak jesteśmy postrzegani.
Nie reprezentujemy tylko siebie – czujemy, że reprezentujemy naszych partnerów, ich reputację, a czasem nawet ich ścieżki kariery. To ogromna, niewidzialna presja, którą trzeba wnieść na spotkanie przy koktajlu.
Nic dziwnego, że niezręczne sytuacje wydają się jeszcze dotkliwsze.
Czego nauczyła mnie ta niezręczna chwila
Z perspektywy czasu jestem wdzięczny za tę niezręczną wymianę zdań. Przypomniała mi ona kilka ważnych prawd:
1. Pewność siebie nie oznacza, że nigdy nie czujesz się niezręcznie.
Oznacza to bycie obecnym, nawet gdy sytuacja wydaje się niezręczna.
2. Nie jesteś nikomu winien uproszczonej wersji swojego życia.
Jeśli twoja historia nie do końca pasuje do czyichś oczekiwań, nie ma problemu.
3. Nie każdą przerwę trzeba wypełniać.
Czasami pozwolenie chwili na złapanie oddechu jest skuteczniejsze niż pospieszne jej wygładzanie.
4. Większość ludzi skupia się bardziej na sobie niż na ocenianiu ciebie.
A ci, którzy cię oceniają? Ich opinie nie są wiarygodnym miernikiem twojej wartości.
Jak poradzę sobie z następnym
Czy nadal będę odczuwać dreszcz zdenerwowania przed kolejnym wydarzeniem w pracy? Prawdopodobnie. Rozwój nie zlikwiduje lęku z dnia na dzień.
Ale następnym razem wejdę tam z większą swobodą. Będę pamiętać, że niezręczne sytuacje to nie porażki – to po prostu część bycia człowiekiem we wspólnych przestrzeniach.
Pojawię się jako ja, z wszelkimi niedoskonałymi wyjaśnieniami.
A co jeśli sytuacja stanie się dziwna?
Teraz wiem, że sobie z tym poradzę.
Ostatnie myśli
Niewygodne momenty mają to do siebie, że zostają z nami na zawsze, zwłaszcza gdy zdarzają się w pomieszczeniach, w których czujemy się po cichu oceniani. Ale dają też okazję – do ćwiczenia zaufania do siebie, kwestionowania instynktu zadowalania innych i zajmowania przestrzeni bez przepraszania.
Tego wieczoru na firmowym przyjęciu mojego męża nie poszło idealnie. I właśnie dlatego to było ważne.
Ponieważ wyjechałem stamtąd wiedząc coś, w co wcześniej nie do końca wierzyłem:
Nie muszę nic robić, żeby czuć się częścią grupy. Muszę po prostu być sobą.