O niewierności partnera dowiedziała się dwa tygodnie przed ślubem dzięki pewnemu szczegółowi

Sąsiedzi są cudzoziemcami i właściwie prawie wcale się nie znamy.

Mieszkamy obok siebie od dawna, ale nasze kontakty ograniczają się do krótkiego „cześć” w windzie, uprzejmego skinienia głową na klatce schodowej i niczego więcej.

Nigdy nie rozmawialiśmy dłużej, nie pytaliśmy o imiona, nie piliśmy razem kawy.

Dlatego tamten wieczór kompletnie mnie zaskoczył.

Ktoś zapukał do drzwi.

Otworzyłam i zobaczyłam właśnie ich – uśmiechniętych, lekko speszonych, trzymających w rękach torbę.

Bez długich wstępów podali mi ją i powiedzieli po rosyjsku, z wyraźnym akcentem:

— Smacznego.

Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, torba była już w moich dłoniach.

Spojrzałam do środka… i kompletnie nie wiedziałam, co widzę.

W środku leżało coś ciemnego, twardego, dziwnego.

Nie wyglądało jak jedzenie.

Raczej jak coś znalezione w muzeum, wykopane z ziemi albo pokazane w filmie o dinozaurach.

Wzięłam jeden egzemplarz do ręki.

Był zimny, ciężki, twardy jak kamień.

Kształtem przypominał jajko, ale jednocześnie coś zupełnie obcego.

Powąchałam.

Prawie nie miał zapachu.

— To jest… jedzenie? — zapytałam bardzo ostrożnie, bo bałam się, że wyjdę na kompletną ignorantkę.

Skinęli głowami, uśmiechnęli się jeszcze szerzej i… poszli.

Zostawiając mnie samą w kuchni z torbą pełną zagadek.

Stałam tak dobrą chwilę, patrząc na zawartość.

Myśli zaczęły krążyć coraz szybciej.

„A co jeśli to wcale nie jest jedzenie?”

„A co jeśli to jakiś żart albo element tradycji, której kompletnie nie rozumiem?”

„A co jeśli powinnam to gdzieś położyć, a nie ruszać?”

Włożenie tego do lodówki wydawało się absurdalne.

Wyrzucenie — strasznie krępujące.

Zostawienie na blacie — jeszcze bardziej niepokojące.

W końcu zrobiłam jedyne sensowne, co przyszło mi do głowy.

Zaczęłam szukać w internecie.

Po kształcie.

Po kolorze.

Po fakturze.

Porównywałam zdjęcia, czytałam opisy, przewijałam kolejne strony.

I kiedy w końcu trafiłam na właściwy wynik… patrzyłam w ekran z niedowierzaniem.

Okazało się, że to kasztan wodny.

Coś, czego nigdy w życiu nie widziałam.

Coś, co w niektórych krajach jest zupełnie normalnym jedzeniem.

Obiera się go, gotuje, czasem je na surowo.

Dla wielu ludzi to zwyczajny składnik kuchni, a nawet przysmak.

Dla mnie — absolutna egzotyka.

Następnego dnia spotkałam sąsiadów na klatce schodowej.

Powiedziałam im, że już wiem, co mi podarowali.

Ich twarze natychmiast się rozjaśniły.

Zaczęli mówić szybciej, gestykulować, pokazywać rękami, jak to się obiera, jak gotuje, jak najlepiej smakuje.

Nie rozumiałam wszystkich słów, ale sens był jasny.

Byli dumni.

Chcieli się podzielić czymś zwyczajnym dla nich, a zupełnie niezwykłym dla mnie.

I wtedy pomyślałam, jaki świat jest naprawdę dziwny.

Dla jednych coś niezrozumiałego, twardego i wręcz przerażającego.

Dla innych po prostu:

— Smacznego.