Myślałam, że to będzie tylko drobny gest.
Jedna z tych rzeczy, które robi się odruchowo…
i o których zapomina się następnego dnia.
Porządkowałam szafę.
Ubrania po dziecku, które już dawno z nich wyrosło.
Małe sukienki.
Sweterki z guzikami.
Spodnie, które ktoś kiedyś nosił z radością.
Pomyślałam:
„Może komuś się przydadzą”.
Nie szukałam historii.
Nie chciałam dramatu.
Chciałam tylko oddać ubrania.
Kilka dni później dostałam SMS-a.
Numer nieznany.
Wiadomość krótka.
Bez emotek. Bez wyjaśnień.
Kobieta napisała, że ma bardzo trudną sytuację.
Że jej córka ma dwa, może trzy lata.
I że… nie ma się w co ubrać.
Zapytała, czy mogłabym wysłać ubrania pocztą.
Patrzyłam na ekran telefonu dłużej, niż powinnam.
Pierwsza myśl była brutalnie szczera:
„Każdy ma problemy.”
„Dlaczego akurat ja?”
„Może przesadza.”
Już miałam odpisać coś uprzejmego, ale chłodnego.
Coś, co pozwoliłoby mi zachować spokój sumienia
i jednocześnie trzymać dystans.
Ale wtedy…
coś mnie zatrzymało.
Jedno zdanie, które pojawiło się w mojej głowie
i nie chciało zniknąć: