Minęło siedemnaście lat.
W nocy działającym bal kończący rok szkolny u Léi stałem na progu jej pokoju z telefonem w dłoni, gotowy uwiecznić tę chwilę. Siedziała na łóżku, spięta, z odwróconym siedziskiem.
„Nie poszedłsz” – powiedziała mi spokojnie.
A potem, po chwili milczenia: „Po balu wychodzę”.
Jej słowa zaparły mi dech w piersiach. Następnie wyjaśniono, co oznacza, że wie: że nigdy tak naprawdę nie zostało wybrane, że pojawiła się z konieczności, jako rozwiązanie, a nie pragnienie.
Moje serce pękło.
rozmawiać, pocieszać ją, ale ból już ją ogarnął. Tego wieczoru Léa poszła sama na potańcówkę. Potem spakowała walizkę. Dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące. Pisałam, czekałam, wróciłam do domu. Odkryłam charakterystyczny ból: ból dziecka, który jest źródłem życia.
Kiedy właściwie naprawia to, co się dzieje zepsute

pewnego wieczoru mój telefon.
Léa natknęła się na starą tekeczkę. W środku poznaje się listę napisaną na przed długim tym, zanim nauczy się czytać. Moja następna. Nie jako warunek, ale jako podziękowanie. Głęboka wdzięczność za życie.
powiedziałem jej prawdę ze łzami w oczach:
„Nigdy nie przebywałeś z tobą z obowiązkiem. Ukształtowałeś mnie tak samo, jak ja cię kochałem”.
Choa do domu.
Dziś w naszym sklepie na pierwszym planie zdjęcia. Trzy kobiety siedzące obok siebie. Dwie kobiety. Matka. Różne źródła, ale ta sama więź.
Bo miłość macierzyńska nie dzieli.
Ona rosła.