I są rany, których nie da się wytłumaczyć: przeżywa się je krok po kroku, w ciszy.
Bo kiedy odchodzi ojciec, tracisz nie tylko osobę.
Tracisz przewodnika, schronienie, pewność.
Tracisz tę obecność, która towarzyszyła ci przez całe życie i która, nawet gdy się starzejesz, wciąż sprawia, że czujesz się jak „syn”, bezpieczny, zrozumiany.
W takich chwilach wszystko wokół ciebie trwa, jakby nic się nie stało…
ale w tobie wszystko się zatrzymuje.
Pozostajesz tam, twój umysł wypełniony obrazami, serce pełne wspomnień, słowa uwięzły ci w gardle i uściski, które tak bardzo pragnąłeś jeszcze raz.
I rozumiesz, że strata to nie tylko nieobecność:
to pustka, która ciąży, cisza, która przyprawia o drżenie.
Szczera myśl kieruję do Stefano, bez banałów.
Bo w obliczu takiego bólu blask reflektorów blednie, sława nie ma znaczenia, wszystko inne staje się małe.
Pozostaje tylko miłość.
To, co pozostaje. To, co boli. To, co nigdy się nie kończy.
Niech znajdzie ukojenie w najpiękniejszych wspomnieniach i odrobinę spokoju z biegiem czasu…
bo ojciec nigdy tak naprawdę nie znika:
żyje w wartościach, których nas uczył, w wyborach, których dokonujemy każdego dnia, w każdej części swojego serca, którą w nas pozostawił.