Koncert świąteczny, który zmienił moje spojrzenie na mojego ojczyma!

Tej zimy moja szkoła zapowiedziała koncert świąteczny. Nie był on okazały – tylko sala gimnastyczna udekorowana papierowymi płatkami śniegu i kilkoma sznurami lampek – ale dla dzieciaka to było jak Broadway. Dostałem małe solo. Zaledwie kilka wersów w środku kolędy, ale dla mnie to było wszystko. Ćwiczyłem tygodniami, nucąc pod nosem, ćwicząc przed lustrem, szepcząc słowa przed snem.

W noc koncertu byłem zdenerwowany, ale dumny. Mama obiecała przyjść, ale jej nocna zmiana się przedłużyła i zadzwoniła, żeby powiedzieć, że nie da rady. Powiedziałem jej, że wszystko w porządku, ale w głębi duszy byłem załamany. Chciałem, żeby siedziała w pierwszym rzędzie, klaskała i uśmiechała się. Teraz czułem się samotny.

Sala gimnastyczna huczała od podniecenia – rodzice tłoczyli się na trybunach, rodzeństwo wierciło się, a z budki z przekąskami unosił się zapach gorącej czekolady. Kiedy nadeszła moja chwila, weszłam na scenę i zamarłam. Dłonie mi drżały. W ustach zaschło. Wyćwiczone słowa zniknęły.