Spojrzałam na dziecko i poczułam ukłucie współczucia dla jego niewinności, ale szybko ustąpiło ono miejsca instynktowi samozachowawczemu. Pewnym głosem powiedziałam: „Nie”. Nie byłam narzędziem służącym jego wygodzie, a nasza wspólna przeszłość nie uprawniała go do mojej pracy.
Jego pozorny spokój natychmiast prysł. Poczucie wyższości przerodziło się w tyradę – ostrą, okrutną i samolubną. Oskarżył mnie o karanie dziecka, o to, że jestem zgorzkniała i małostkowa. Ale pod tą wściekłością kryła się prawda: nie był zły na dziecko – był zły, że stracił kontrolę. Oczekiwał wersji mnie, która zawsze poświęci się dla zachowania pokoju. Ta wersja zniknęła.