Brak odpowiedzi.
Zadzwoniłem ponownie. Nadal nic.
Z każdym nieodebranym połączeniem pokój wydawał się mniejszy, a strach głośniejszy. Pisałam SMS-y, dzwoniłam, bez przerwy. Przy dziesiątej próbie łzy spływały mi po twarzy. Przy dwudziestej ogarnęła mnie panika. Przy trzydziestej wiedziałam, że nie dam rady sama.
Mój brat przyjechał w ciągu kilku minut. Nie zadawał pytań – po prostu pomógł mi wsiąść do samochodu i pojechał, pewnie i pewnie, podczas gdy wszystko we mnie wirowało. Każdy skurcz bolał, ale głębszy ból odczuwałam na pustym siedzeniu obok – świadomość, że kiedy najbardziej potrzebowałam męża, nie było go przy mnie.
W szpitalu światła były ostre, korytarze nie miały końca. Pielęgniarki sprawnie się poruszały, a ja kurczowo trzymałam telefon, licząc na to, że zadzwoni. Cisza.
Mijały godziny. W końcu ktoś zadzwonił.
Mój brat odpowiedział. Jego głos załamał się, gdy wypowiedział cztery słowa, które miały wstrząsnąć światem:
„Nie przeżyła”.