Z gołą skórą nie sposób zignorować pewnych sygnałów. Ściągnięcie, matowa cera, uczucie zmęczenia… Zdałam sobie sprawę, że moje ciało próbuje mi coś powiedzieć i że mogę podjąć proste działanie. Picie większej ilości wody stało się odruchem, niemal rytuałem.
Ten prosty gest miał zaskakujący wpływ na moje ogólne samopoczucie. Poczułam się bardziej energiczna i komfortowo w swoim ciele. To dowodzi, że dbanie o siebie często zaczyna się od bardzo prostych nawyków.
Przestałam przyglądać się sobie pod lupą.
Znacie te lustra powiększające, które obiecują niesamowitą precyzję? Bez makijażu traciły cały swój urok. Cofnęłam się o krok, dosłownie. Zaczęłam patrzeć na swoją twarz całościowo, zamiast skupiać się na każdym detalu.
Ta zmiana była niesamowicie wyzwalająca. Przestałam dążyć do perfekcji i zyskałam spokój ducha. Mniej samokrytycyzmu, mniej niepotrzebnego stresu, więcej czasu na rzeczy, które naprawdę mają znaczenie. Moja pewność siebie wzrosła, niemal nieświadomie.
Pożegnałam się z filtrami.
Dbając o skórę i akceptując siebie, dodawanie filtrów do zdjęć nagle wydawało mi się niespójne. Pragnęłam spójności, prawdy. Nie przesadnie wygładzonej twarzy, ale mojej własnej, takiej, jaka jest.
Nie demonizuję filtrów, ale odkryłam przyjemność pokazywania siebie bez sztuczności. Ta autentyczność przyniosła mi dużo więcej korzyści, niż mogłam sobie wyobrazić.
Dziś poświęcam mniej czasu na przeglądanie się w lustrze, mniej czasu na martwienie się deszczem, upałem czy potem. Rezygnując z makijażu, zyskałam coś o wiele cenniejszego: spokojniejszą relację z samą sobą. I teraz wiem, że najpiękniejszym dodatkiem, jaki można nosić, jest pewność siebie.