Przez długi czas nakładanie makijażu było częścią mojej codziennej rutyny, niemal bez namysłu. Dziesięć minut rano, kilka starannie dobranych kosmetyków i byłam gotowa stawić czoła nowemu dniu. Ten sam rytuał w weekendy. Nie było to ekstrawaganckie ani przesadne, po prostu pocieszający nawyk. Aż pewnego dnia wpadł mi do głowy nieco szalony pomysł: co by było, gdybym całkowicie przestała się malować? Nie na specjalną okazję, nie na wyzwanie w mediach społecznościowych, ale naprawdę, w prawdziwym życiu. Ten pozornie nieistotny wybór zapoczątkował serię nieoczekiwanych – i głęboko pozytywnych – zmian.
-
W końcu zadbałam o swoją skórę, prawdziwą skórę

Wcześniej skupiałam się głównie na ukrywaniu niedoskonałości. Odrobina korektora tu, odrobina pudru tam… bez zastanowienia się, czego potrzebuje moja skóra. Pielęgnacja? Załatwiona w kilku szybkich krokach, kiedy tylko o tym pamiętałam. Przestając się malować, uświadomiłam sobie coś prostego: moja skóra zasługuje na coś więcej niż tymczasowe rozwiązania.
Zaczęłam skupiać się na bardziej regularnej, delikatniejszej i bardziej konsekwentnej rutynie. Oczyszczanie, nawilżanie, ochrona. Nic skomplikowanego, po prostu prawdziwa uwaga. A przede wszystkim przestałam leczyć objawy i zaczęłam szukać przyczyny. Ta zmiana perspektywy odmieniła wszystko.
-
Uśmiechałem się… znacznie częściej

Bez makijażu zdarzają się poranki, kiedy patrzysz w lustro i myślisz: „To ja dzisiaj”. Zamiast próbować to naprawić, postanowiłam dodać uśmiech. Tylko tyle.
Uśmiech zmienia wszystko. Zmiękcza rysy twarzy, rozjaśnia ją i, co najważniejsze, zmienia nastrój. Nawet po krótkiej nocy czy ciężkim dniu, uśmiech pomógł mi spojrzeć na siebie inaczej. I bądźmy szczerzy: szczery uśmiech jest często o wiele bardziej promienny niż jakakolwiek szminka.