Mój syn ciągle lepił bałwany, a mój sąsiad ciągle przejeżdżał je samochodem, dopóki moje dziecko nie udzieliło mu niezapomnianej lekcji.

Bałwany Nicka narodziły się jako prosta zimowa tradycja — coś, co można zobaczyć przez kuchenne okno i pomyśleć: „  Dokładnie tak powinno wyglądać dzieciństwo”.

Każde popołudnie przebiegało według tego samego rytuału: plecak odrzucony na bok, buty zdjęte, jakby go zdradziły, płaszcz zapięty do połowy, czapka lekko przekrzywiona. Potem z dumą ogłaszał nazwisko rekruta, jakby zaczynał zmianę.

„Dziś przyszedł Winston” – oznajmił, tocząc nierówną kulę śnieżną po trawniku z powagą zawodowego inżyniera.

Zawsze w tym samym miejscu, niedaleko naszego podjazdu, ale zdecydowanie na naszej posesji. Nick uwielbiał to miejsce. To było  jego miejsce  . Wybrał je celowo, jako drobny akt zawłaszczenia w świecie kontrolowanym głównie przez dorosłych.

Każdy bałwan miał imię. Osobowość. „Jasper uwielbia filmy science fiction”. „Kapitan Frost czuwa nad pozostałymi”. Potem cofał się, opierając ręce na biodrach, z cichą dumą typową dla ośmiolatków.