Patrzyła na zegarek, gdy usłyszała ryk silnika.
To nie był zwykły szum ruchu ulicznego; był agresywny, nieostrożny. Marina spojrzała w górę.
Ciemny SUV pędził w kierunku skrzyżowania. Kierowca trzymał głowę spuszczoną, telefon w dłoni. Światło już zmieniło się na czerwone.
I tam, na przejściu dla pieszych, mała dziewczynka w różowym płaszczyku szła naprzód, wpatrując się w gołębie skaczące po chodniku. Jej niania, kilka kroków za nią, przeglądała telefon, nieświadoma, że świat zaraz się zawali.
Ludzie krzyczeli. Ktoś krzyknął.
Poniewczasie.
Marina się nie wahała. Żadnego strachu, żadnej refleksji, żadnej kalkulacji: tylko instynkt. Rzuciła torbę i rzuciła się do ucieczki.
Jej buty ślizgały się na mokrym chodniku. Płuca paliły. „Hej!” krzyknęła głośniej niż kiedykolwiek. Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, jej niebieskie oczy były szeroko otwarte i zdezorientowane.
Przeczytaj więcej na następnej stronie >>